...ścieżka na stos...
RSS
środa, 27 października 2010

...

kim jesteś, że tak łatwo wplotłeś palce w moje myśli?

w półuśmiechu wstydliwym próżno szukać sensu.

rozkołysana marzeniem zapadam w oczekiwanie kolejnego cudu.

...


...

dźwięk okrętowego dzwonu rozległ się tuż po północy. sięgnęłam ręką po telefon schowany pod poduszką. ekranik zabłysnął niebieskawym światłem i oznajmił: 1 wiadomość MMS. zdziwił mnie nadawca - piszący rzadko i oszczędnie.

otwórz.

z malutkiego zdjęcia wyjrzała na mnie twarzyczka maleńkiego dziecka. buzia jeszcze zaczerwieniona, z grymasem niezadowolenia z powodu gwałtownych zmian wokoło. i podpis: "Mam na imię Blanka". 

serce podskoczyło mi z radości i nagle odeszła ochota na sen.

Mordimer został ojcem.

...


wtorek, 26 października 2010

...

zaczerpnęłam garść energii od dobrych ludzi w niedzielny wieczór.

dziękuję Sachmet, Furii, Lotharowi i Venusowi za spotkanie. 

Wykonawcom na scenie dziękuję za momenty wzruszeń.

dla zaglądających do mojego kąta mam maleńką próbę zaklęć tamtego wieczoru.


...

wtorek, 19 października 2010

...

brzydka jestem. o!

...


wtorek, 12 października 2010

...

szczerze mówiąc nie bardzo wiem co mam napisać o tym filmie. poszłam do kina na ekranizację jednej z moich ukochanych książek, a wyszłam po seansie horroru.

nie, film nie był taki zły. jego mocne punkty to muzyka, naprawdę ładnie zrealizowane zdjęcia i sztafaż świetnie oddający klimat XIX-wiecznej Anglii - oczy chłoną wręcz bogactwo kostiumów i wnętrz. nie razi nawet fakt dopisania pewnych wątków fabularnych (choć wydaje się to lekko niezrozumiałe, gdyż książka sama w sobie jest wystarczająco barwna). odnoszę jednak wrażenie, że twórca scenariusza troszkę za bardzo wziął sobie do serca fakt, iż część literaturoznawców zalicza "Portret Doriana Graya" do literatury grozy czy też określa ją mianem powieści gotyckiej. 

powiem krótko - reżyser chciał tym filmem widza przestraszyć. i nawet mu to wyszło. tyle, że nie jest to lęk jaki pamięta się np. z japońskiej (czyt. orginalnej) wersji "Ring". lęk powodowany nie tym co okropnego możemy zobaczyć, ale wywołany nawarstwieniem zupełnie nieszkodliwych i niestrasznych zdarzeń. poszli sobie państwo na łatwiznę i epatują zwyczajną obrzydliwością. inaczej tego ująć nie mogę - transformacja jakiej ulega portret jest zwyczajnie obrzydliwa. obraz gnije, cieknie, ma paradontozę, jest zarobaczony i generalnie myśl, że za chwilę znów się go zobaczy powoduje autentyczny strach o to czy człek nie zakrzyknie w obawie, że to coś miałoby go dotknąć. szkoda.

pozytywnym zaskoczeniem filmu była natomiast rola Bena Barnesa. idąc na seans niespecjalnie interesowałam się obsadą i kiedy Riziak uświadomiła mnie, że rolę Doriana gra ten sam chłopiec, który wcielił się w rolę księcia Kaspiana w Kronikach Narnii poczułam się lekko... zaniepokojona. niepokój mój spotęgował się jeszcze bardziej po pierwszych ujęciach filmu, a potem prysnął. pan Barnes znacznie lepiej wypada jako cyniczne stworzenie niż jako szlachetny rycerz światła. paskudność charakteru dodaje mu smaczku i dla własnego dobra powinien zadbać o to by po wsze czasy nie zostać kojarzonym ze słodkim, rozmemłanym księciem dobrotkiem. 

czy polecić? tak - jako niezły, straszny (dla niektórych - Krasnoluda nie ruszył w ogóle) film. jako ekranizację powieści Oscara Wilde'a - nie. autorowi scenariusza zabrakło pomysłu jak oddać to co powieściopisarz chciał przekazać - jego zamysł filozoficzny i warstwa emocjonalna powieści po prostu zginęły. została gotycka historyjka z gatunku opętańczo-obłąkańczych, w której do happy endu brakuje tylko egzorcysty. 

...


środa, 06 października 2010

...

gdyby ilość wypijanej kawy i niespełnialnych marzeń stanowiły wyznacznik długowieczności miałabym spore szanse na ową.

...


Archiwum