...ścieżka na stos...
RSS
poniedziałek, 30 września 2013

...

Są ludzie, którzy pojawiają się w naszym życiu po to tylko by prędzej czy później zniknąć. Czasem nie pozostawiając po sobie nawet wspomnień, które chciałoby się pielęgnować. Na szczęście są także tacy, z którymi drogi nasze splatają się na tyle trwale, by móc wspólnie z nimi pisać spore fragmenty swojej historii. Co znamienne ludzi tego drugiego rodzaju z wiekiem każdemu z nas jakby ubywa. A przynajmniej ja tak to odczuwam. Mam nadzieję, że I-kun, z którym tworzyłam historię minionego weekendu będzie jedną z tych osób, których zabraknie na końcu. jakoś nie mam śmiałości prosić by wcale.

Kiedy zapytał czy w sobotę 28 września udam się z nim do teatru uśmiechnęłam się bezwiednie. Skąd wiem, ze się uśmiechałam skoro było to bezwiedne? Bo ja zawsze uśmiecham się czytając wiadomości od niego. Odkąd wyrośliśmy z małoletnich dąsów i niedojrzałych fochów coś sprawia, że jedyne co wydaje nam się godne celebrowania we wzajemnym kontakcie to uśmiech. No, i może jeszcze odrobina przekory. I wspólnego szyderstwa z otaczającej nas rzeczywistości.

Wróćmy jednak do meritum.

Teatr. Dawno nie byłam w teatrze. Tak, pójdę z przyjemnością. 

Okazało się jednak, że wspólny spektakl rozrósł się do formy dwudniowego (ściślej, dwupopołudniowego) biesiadowania, śmiechu i zwiedzania.

Spotkaliśmy się w piątek, po mojej pracy. Obiad w gospodzie łemkowskiej, spacer po Starym Mieście, słodkości w Cafe Camelot. Poznałam Siostrę I-kuna, Joasię. Wesołą i sympatyczna panią weterynarz (jeśli dobrze wyrozumiałam z rozmów). Jeżeli do śmiechu potrafi doprowadzić kawałek czekolady z migdałami to chyba znaczy, że jest się we właściwym gronie osób, prawda? Piątkowy wieczór zakończył się około 21 ustaleniem, że dnia następnego w samo południe udamy się na Placu Szczepańskim celem konsumpcji późnego śniadania w boulangerie Charlotte. Niestety sobotnie południe wydawało się wybitnie atrakcyjną porą na śniadanie nie tylko nam. Na trzech poziomach piekarenki nie było gdzie się wcisnąć, więc skończyliśmy na kawie w kawiarence Gołębia 3, które to miejsce sentymentem darzę ogromnym z czasów gdym młoda studentką była. Po kawce wystawa w Kamienicy Szołayskich "Zawsze Młoda! Sztuka polska około 1900". W salach oddziału Muzeum Narodowego podziwiać można malarstwo Jacka Malczewskiego, Olgi Boznańskiej, Stanisława Wyspiańskiego, Feliksa Jasieńskiego i wielu innych. Prace podzielono tematycznie, więc każda sala ukazywała inny fragment młodopolskiej twórczości. Osobno umieszczono portrety, osobno pejzaże. Oddzielna sala poświęcona była Krakowowi widzianemu oczyma artystów tamtego czasu. Klimat tamtego okresu przywoływały zaproszenia na wydarzenia organizowane przez kabaret "Zielony Balonik". Były też rzeźby, które w moich oczach mogłyby ożyć w każdym momencie. Tak po prostu odwrócić nagle głowy i wbijając spojrzenie uparcie otwartych oczu zapytać nagle: i co się gapisz? Dla mnie najbardziej wymowną częścią wystawy były jednak plakaty, prezentacje sposobu wydawania książek czy choćby kalendarzy. W tych pracach czuć było to, co mnie osobiście w sztuce młodopolskiej urzeka najbardziej. Pewna graficzność, wyraźnie zarysowane kształty, roślinne motywy. Wyszłam z muzeum zadowolona, że miałam okazję zobaczyć tę wystawę.

Po dokarmieniu dusz podjęliśmy ponowny szturm na Charlotte. Tym razem trud został nagrodzony i po karkołomnej wspinaczce po absolutnie niedostosowanych do beztroskiego chodzenia schodkach zasiedliśmy na antresoli by cieszyć się posiłkiem. Niektórzy mieli okazję cieszyć się z miny wiedźmy kiedy zabierała się za jedzenie swojej maleńkiej kanapeczki.. khem! 

I znów Stare Miasto. I śmiech. I opowieści o robieniu masła i twarogu. Na słodkiej beztrosce zastał nas wieczór i udaliśmy się do teatru.

Spektakl rozpoczął się dość zaskakująco. W holu. Wśród oczekujących na wejście do sali widzów. Następnie trwał na schodach pomiędzy rzędami widowni, by finalnie trafić na scenę. "Przemiana" to nieco surrealisyczny spektakl oparty na twórczości Franza Kafki. Łączy w sobie dwie opowieści, obie pozbawione hollywoodzkiego happy endu. To historia o braku akceptacji, zrozumienia dla poszukiwania własnej drogi. O tym, jak można zostać odrzuconym nawet przez najbliższych w momencie gdy mamy odwagę poszukać własnej drogi, wyłamać się z zaklętego kręgu społecznych oczekiwań i zobowiązań. Dla mnie przemiana Gregora w robaka jest niczym innym jak metaforą tego jak społeczeństwo postrzega tych, którzy mają odwagę wyrwać się kołowrotka. Być może nie od razu zostaniesz odrzucony kiedy zaczniesz wchodzić na sufit, być może ktoś zechce uznawać, że zmieniły się twoje potrzeby i czegoś innego trzeba ci do szczęścia. W końcu jednak nawet najbardziej wytrwali powiedzą: on nie może już tu mieszkać, to nie Gregor.

Gorzka pigułka.

"Przemiana" jest spektaklem bardzo żywiołowym, głośnym i absorbującym uwagę. Niesamowite wrażenie robią monologi aktorów. I ten moment ciszy kiedy już wszyscy zejdą ze sceny. Zdecydowanie polecam.

Bardzo żałuję, ze nie było czasu by wymienić się wrażeniami z teatru. I-kun z Joasią pojechali do hotelu, ja popędziłam na spotkanie z Gabi, która drugi wieczór z rzędu szoferowała. Mam nadzieję, ze nadrobimy to już wkrótce i przy kubku czegoś ciepłego i dobrego przedyskutujemy emocje i refleksje  gromadzone w czasie oglądania sztuki. 

Mam za sobą naprawdę piękny i doładowujący emocjonalne akumulatory weekend. 

...

piątek, 27 września 2013

...

każdego poranka mniej więcej o tej samej godzinie czekam na autobus. zanim nadjedzie moja linia przyjeżdża mała 130, z której wysiada starsza pani. ubrana na czarno, co jakoś tak smutno kojarzy się z wdowieństwem wysiada ze swojego autobusu i razem ze mną czeka na kolejny. razem z panią podróżuje piesek. jamnik. spokojne czworonożne stworzenie o cudnej miodowo-brązowej sierści. jamnik wpierw dziarsko wyskakuje z autobusu, a następnie wskakuje do kolejnego kiedy na to przychodzi pora. drobniutki wśród gęstwy ludzkich nóg wyszukuje sobie jakiś przytulny kącik i zwija się w kółeczko przysiadając spokojnie. nie szczeka, nie biega, rozgląda się tylko ciekawie tymi swoimi wielkimi ciemnymi oczyskami.

pani wysiada dwa przystanki dalej. kiedy autobus odjeżdża z przystanku widzę jak jamnik dziarsko kroczy przy jej nodze.

przyzwyczaiłam się do porannych spotkań z anonimową właścicielką i jej równie anonimowym dla mnie psiakiem.

a dziś pani przyjechała sama.

mam nadzieję, że tylko dlatego, że jechała załatwić coś w miejsce gdzie nie mogła zabrać ze sobą zwierzaczka.

...

czwartek, 26 września 2013

...

pamięć ludzka przechowuje zadziwiające obrazki i ma jeszcze dziwaczniejszy zwyczaj wyciągania ich na powierzchnię świadomości w niespodziewanych momentach. dziś właśnie wyciągnęła na wierzch scenkę sprzed kilku ładnych lat. to była wiosna. może lato? a może ciepła jesień? tego nie pamiętam. pamiętam słońce i powrót skądś. skąd? to również nie zdołało przebić się przez zasłony niepamięci. samochód, ja, Krasnolud i Ka. Ka była (nadal jest?) koleżanką Krasnoluda, a ja ją po prostu znałam. tak jak zna się koleżanki i kolegów swoich połówek. imię, cześć, cześć. wiemy kim jesteśmy, wiemy gdzie mieszkamy. Ka zapytana co u niej opowiadała o studiach, wakacjach (może więc to jesień była!), chłopaku. rozmowa jakoś tak robiła się coraz bardziej refleksyjna. osobista? siedzimy na tylnym siedzeniu, ona opowiada i nagle mówi: ja cię przepraszam, że ci tak to wszystko opowiadam, ale masz w sobie taki spokój i taką empatię, że aż ci zazdroszczę. i po prostu chce się do ciebie mówić.

zamarłam.

co się robi z takimi wyznaniami prawie nieznanych ci ludzi? dziękuje za zaufanie? macha się lekceważąco dłonią i radośnie wykrzykuje: ależ nie szkodzi!? no co?

nie bardzo umiem integrować się z ludźmi. jestem dobra w sympatyczne salonowe gierki. konwersację, uśmiechy, uprzejmości. głębsze relacje budzą jednak we mnie grozę i panikę. 

a na wyznania takie jak to Ka reaguję podświadomym: ratunku! nawiedzona wariatka!

Ka jest naprawdę sympatyczną dziewczyną. i raczej nie jest wariatką. ale w tamtej chwili spowodowała, że miałam ochotę uciekać szyberdachem. serio.

...

niedziela, 22 września 2013

...

"I jeszcze jedno. Kretom, które od trzech dni rujnują mój ogród życzę, by obecna opozycja zeszła do podziemia. Howgh."

kocham Marcina Mortkę.

...

piątek, 20 września 2013

...

Ślimakowa znalazła przyczynę moich koszmarnych, nawracających i niczym nie wytłumaczalnych bólów głowy.

śmiem twierdzić, że ma rację.

fantomowy

...

czwartek, 19 września 2013

...

termin, który przy rejestracji w kwietniu wydawał się jakąś kosmiczną pomyłką odległą w czasie i przestrzeni, nadszedł w końcu.

o 7 rano Gabik przyjechała po mnie gabikowozem i odstawiwszy do szpitala czekała cierpliwie aż mnie oddadzą.

w szpitalu kolejka do rejestracji ogromna. 25 minut stania. ale bardzo spokojnie wszystko się odbywało.

potem oczekiwanie do pokoju przygotowawczego.

wołają po nazwisku, więc żadnych przepychanek i przegadywanek w stylu: pan tu nie stał.

podobnie do pokoju zabiegowego.

mimo dużej ilości ludzi ogólnie bardzo spokojnie tam jest.

czekałyśmy tak z Gabikiem, przyglądałyśmy się ludziom. i słuchałyśmy terminów.

trochę to było smutne. pan, którego przyprowadziła żona. oboje staruszkowie. wychodzi z gabinetu kwalifikującego do zabiegu i mówi, że ma termin na marzec 2015.

spojrzałyśmy po sobie z Gabi: przecież on może nie doczekać.

ja doczekałam.

wezwana do gabinetu pomaszerowałam dziarsko. nerwy, które mnie trochę tłukły w czasie oczekiwania, jakoś tak poszły sobie gdzieś.

podpisałam co miałam podpisać. odpowiedziałam na kilka pytań.

zaległam na łóżku. 

patrząc w wielką okrągłą i skutecznie oślepiającą mnie lampę przypomniałam sobie wszystkie filmy o porwaniach przez kosmitów. już wiem skąd się twórcom wzięły te wszystkie wizje. jakieś dochtory im musiały w oczach grzebać. jak nic.

sam zabieg poszedł szybciutko. zastrzyk. wywinięcie powieki. poskubywanie narzędziem przypominającym pęsetkę do wyrywania brwi. 

i nagle słyszę: muszę umyć pacjentkę, bo wygląda jakbym jej pół głowy odrąbała.

musiałam się wysilić by nie zacząć się śmiać.

mniej do śmiechu mi było później. przy opatrunku wywinęły mi się rzęsy i każde poruszenie gałką powodowało uczucie jakbym żyletkę w oku miała.

do domu dotarłam z zamkniętymi oczyma.

Gabik wyprowadziła mnie na górę za rączkę, po czym zaległam na łóżku tak jak stałam. 

no dobra, zdjęłam buty. (ktoś - Gabi albo Tata - litościwie je ułożył)

leżałam tak z godzinę myśląc, że może przejdzie, ale nie przechodziło.

a skoro nie, to trza se pomóc. poprosiłam Tatę i olewając wszelkie lekarskie nakazy zdjęłam opatrunek.

ulga trudna do opisania. 

zalepiliśmy oko ponownie, już uważniej i jakoś powoli wróciłam do życia.

nie wiem jak Tata się czuł rozmawiając i pijąc kawę z dzieckiem z jednym okiem zalepionym, a drugim zamkniętym, ale dawał radę. dzielny :)

dziś zdjęłam pakuł z oka.

mam siniak po zastrzyku w połowie policzka i krwiak zamiast dolnej powieki.

ale nie boli (chyba, że ucisnę), nie ropieje, nie mam podrażnień.

czyli poza wyglądem ofiary napaści nic strasznego mi nie jest.

a za miesiąc znów założę soczewki!

i to jest najważniejsze.

...

a Gabik ma u mnie wielkie ciacho! o!

...

poniedziałek, 16 września 2013

...

nie mojego.

ale stara miłość nie rdzewieje.

everyday

...

Tagi: obrazki
21:39, thalie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 września 2013

...

gdybyśmy byli po ślubie to wdowa, a w tej sytuacji?

w każdym razie Krasnolud wyruszył w morze.

płaczu i darcia szat z tego powodu nie będzie.

ani tęsknego wzdychania.

mam nadzieję, że pogoda im się uda, opłyną Alandy i odwiedzą Talin.

kibicuję spełnianiu marzeń.

i piję za szczęśliwy powrót.

...

Tagi: życie
19:29, thalie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 września 2013

...

kot spacerował za siatką sąsiedniej posesji. popatrywał na wiedźmę deptającą żwirek. nie uciekł gdy wiedźma podeszła. ale głaskanie przez oczka siatki kotu się nie podobało. odwrócił się i poszedł skąd szedł. no jak to kot.

kilka sekund później wlazł wiedźmie pod nogi.

znienacka.

otarł się raz o spodnie.

otarł się drugi.

na granatowych nogawkach jasnoszare i białe futro zaległo kontrastowym dywanikiem.

głaskanie po łebku kotu się nie podobało.

za to podrapany po grzbiecie wykonał finezyjna przewrotkę i podstawił bieluteńki brzuch.

tu drapaj!

głaskany po brzuchu trącał rękę miękkimi poduszkami łap.

i mruczał jak stara ruska lodówka.

kiedy wiedźma ogłosiła koniec pieszczot spojrzał tylko urażonym okiem i poszedł dokąd zmierzał.

kot.

...

Tagi: życie
12:15, thalie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 08 września 2013

...

...budzą się demony.

wracają wspomnienia.

niekoniecznie te nieprzyjemne.

po prostu takie, do których nie chce się już wracać, bo są zamkniętą przeszłością.

a one przychodzą.

i wydłubują w sercu dziurę.

łyżeczką do herbaty.

...

Tagi: refleksje
00:12, thalie
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Archiwum