...ścieżka na stos...
RSS
środa, 25 sierpnia 2010
...

na ten film czekałam od czerwca czy lipca, czyli od momentu obejrzenia zwiastuna.

co mogę powiedzieć? jest... zachwycający. komedia. nawet romantyczna. ale... 

humor jest niewymuszony. nie ma debilnych gagów, których nie lubię w amerykańskich komediach. bohaterka nie jest blond pięknością. właściwie to pięknością w obecnym pojęciu nie jest w ogóle, a mimo to... ech, te rudawe włosy i karminowe usta. bohater też taki sobie (ten typ urody mnie nie bierze po prostu) - chyba, że spojrzymy poniżej szyi wtedy to nabiera smaczku. fabuła nie nudzi, nie ma dłużyzn, brak gwałtownych (i nieuzasadnionych bardzo często) zwrotów akcji. nie brakuje zapadających w pamięć kadrów.

serdecznie polecam. idźcie solo, z połówką swą, z przyjaciółką/ przyjacielem, nawet z psem jak ktoś ma ochotę. nudzić się nie będziecie.

...

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

...

najpierw był nieśmiały plan.

następnie całkiem śmiała propozycja.

planowanie i rezerwacje poszły tak prędko, że zastanawiałyśmy się z Kotem czy to nie sen.

oczekiwanie i liczenie dni.

problem ze spakowaniem się w 1 torbę.

w końcu wyjazd.

...

towarzystwo iście nie-ludzkie: elfia wiedźma, Kot, Krasnolud i Niedźwiedź.

cel: Rewal.

trasa przez Niemcewo. bo szybciej.

...

jak było?

pięknie. 

zresztą, nie wyobrażam sobie by przy moim niedosycie morza mogło być inaczej.

...

wyjechaliśmy w poniedziałek o 6 rano. Kot ledwo obudzona, wiedźma z adrenaliną na kosmicznym poziomie. tylko chłopaki jakoś tak normalnie się zachowywali. 

przez Polskę jechało się przyjemnie. no, może z wyjątkiem ostatniego odcinka przed granicą, gdzie droga zamieniła się w jakiś tor do testów wytrzymałości podwozia.

po niemieckiej stronie zaskoczyły nas wiatraki. najpierw nie mogliśmy się nadziwić, ale po 30 minutach krajobraz z wiatrakami zaczął nas drażnić. bo tak po prawdzie to poza tymi białymi skrzydłami nic tam ciekawego nie było. 

jednak wolimy Polandię.

na miejscu byliśmy przed 16. szybkie zakwaterowanie, pierwsze przerażenie po bliższym przyjrzeniu się miejscówce, zakupy i... na plażę! a daleko nie było. wyjść za bramkę, pokonać 5 metrów ścieżki i 50 stopni w dół i już był piaseczek pod nogami. 

i morze.

na morze reakcję gwałtowną miałyśmy obie z Kotem już w okolicach Pobierowa gdzie zaczęło nieśmiało wyglądać tuż przy linii horyzontu. Kot z wodą oswojona w to pierwsze popołudnie pognała do wody. po chwili postanowiła oswajać również wiedźmę. 

a wieczorkiem rybka. świeża. z kutra, który mogłyśmy sobie pooglądać na plaży. generalnie rybki stanowiły przez 7 dni podstawę diety (czytaj - 2 posiłki dziennie z rybą). i ani słowa, że to mało urozmaicone jedzenie. musieliśmy się najeść na rok.

drugi dzień wybitnie do plażowania się nie nadawał. pochmurno, morze zmarszczone. niezrażeni puściliśmy się wzdłuż plaży na spacer do Niechorza. bardzo chciałam zobaczyć tamtejszą latarnię morską. i zobaczyłam. wspięłam się po 192 stopniach na szczyt i spojrzałam na wybrzeże z tejże perspektywy. ciemny las, jasny pasek plaży i woda po horyzont. 

powrót ustaliliśmy kolejką wąskotorową. ubaw po pachy - siedzieć w otwartym wagoniku przy tak silnym wietrze jak w ów dzień wiał. ale daliśmy radę.

środa - Kamień Pomorski. lało, wiało i nie wzięliśmy aparatu, więc kto żyw odstawiał komedię z fotografowaniem telefonem. przemoczyłam spodnie i buty. Kot i Niedźwiedź największą nawałnicę przesiedzieli w katedrze na prezentacji organów. należało zostać z nimi, a nie włóczyć się po nabrzeżu.

w czwartek był spacer do Trzęsacza i plażowanie. plażowanie to była odważna decyzja, bo za ciepło nie było. pod koniec dnia siedziałyśmy z Kotem czekając na chłopaków jak na zbawienie. wieczorne kichanie nikogo nie zdziwiło. 

piątek zaskoczył nas dość silnym wiatrem i wysoką temperaturą. piękny dzień na obchodzenie 29 urodzin. w ramach tych właśnie obchodów potupałam do Trzęsacza po wypatrzone dzień wcześniej kolczyki z barwionej na niebiesko muszli. śniły mi się w nocy i uznałam to za dobry omen. przy okazji wstąpiliśmy z Krasnoludem do Kawiarni na 15 południku i tamtejszego muzeum. po powrocie dołączyliśmy do wygrzewających się w słoneczku Kota i Niedźwiedzia. a po obiedzie znów Trzęsacz. na gofry poszliśmy, a co! 

do tych gofrów to jakieś ekstra dodatki były chyba, bo załapaliśmy jakieś podejrzane humorki, a wszyscy byliśmy zdecydowanie PRZED spożyciem. zresztą - zdjęcia mówią same za siebie. 

piwko na plaży smakowało, a Kot zafundowała nam nową interpretację Tolkiena.

sobota - upalna. Krasnolud odmówił leżenia na plaży. obrażona trochę wiedźma zażyczyła sobie rekompensaty. Wolin okazał się wystarczający. a po powrocie i tak wyciągnęłam Krasnoluda na piasek i do wody. oswojona przez te kilka dni ciągnęłam w morze.

sobotni wieczór też pod znakiem głupawki. chłopcy po 20 szukali pizzy, a kobiety nadały przez telefon instrukcję: tam gdzie grają (nie szkodzi, że grali prawie wszędzie ;)).

na pożegnanie w niedzielę nakarmiłyśmy mewy pieczywem, które nam zostało. wszyscy bez wyjątku zaopatrzyli się w rybę wędzoną. i każdy był zdania, że dobre tylko mało.

kiedy około 21 rozstawaliśmy się pod Kota i Misia blokiem padło nieśmiałe: to co, za rok powtórka?

powiem krótko: OBY!

...

dialog wyjazdu.

Kot rozglądając się się po uliczkach miasteczka: - wiesz co wiedźmo, ale my to nie umiemy się lansować.

wiedźma: noooo.... 

okazuje się, że wieczorem należy wkładać błyszczącą sukienkę i buty na koturnie, bo spodenki i bawełniana bokserka jest faux pas. o złotych sandałkach wypatrzonych przez Kota na plaży nie wspominając.

...

hasło wyjazdu.

kontrola podstawą zaufania

chłopcy powtarzali je za każdym razem kiedy zamykali drzwi do domku. jeden zamykał, a drugi sprawdzał czy zamknięte.

...

porażka wyjazdu.

nie rozpakowaliśmy grilla. w związku z marnymi warunkami pogodowymi kutry w morze wyszły w niedzielę - jak wyjeżdżaliśmy, a smażenie kiełbaski nad morzem uznaliśmy za bezzasadne.

...

nie latałam. paralotniarze też nie ryzykowali zdrowia i życia. 

...

będę tęsknić.

...


niedziela, 15 sierpnia 2010

...

autopodkopanie.

zawodowe.

dobranoc.

...


środa, 11 sierpnia 2010

...

policzyć do 50 i zniknąć dla świata.

potem znów do 50 i wrócić.

niewidzialność jest pociągająca.

...

zbliża się dzień wyjazdu.

zaczynam się pakować.

...

skill zamienianie-życia-w-pobojowisko mam opanowany do perfekcji.

...


poniedziałek, 09 sierpnia 2010

...

miłość?

lepiej niech nie przychodzi.

po co komplikować wszystko.

...


wtorek, 03 sierpnia 2010

...

wpis typowo "babski". traktować z przymrużeniem oka. nie strzelać do autorki.

...

kobiety chodzą na obcasach - to ogólnie znana prawda. nie wszystkie, ale jednak spora część babskiej populacji przynajmniej kilka razy do roku zakłada bucik inny niż szybkostrzałki do biegania na tramwaj/ autobus/ pociąg etc. są też egzemplarze kobiet, które z obcasów nie schodzą (niektóre zasuwają w nich nawet na Kasprowy, no ale... co komu pisane :P).

konstrukt psychiczny i światopoglądowy wiedźmy sprawia, że za babkami się wiedźma ogląda. bynajmniej nie celem podrywu. głupio robić Krasnoludowi konkurencję, której tenże nie będzie mógł w zęby dać. oglądam się za kobietami i oglądam kobiety, i w zarozumiałości swej głębokiej nie waham się oceniać. 

od pewnego czasu mam rzut na obcasy właśnie. przyglądam się paniom w wieku młodszym i starszym i dochodzę do wniosku, że tak naprawdę mało jest kobiet, które potrafią chodzić na obcasach. a na wysokich obcasach to już w promilach chyba liczyć trzeba.

dla potrzeb przemyśleń własnych dokonałam pewnej klasyfikacji pań chodzących i wyróżniłam trzy typy.

typ pierwszy - kaczuszka. 

kaczuszka to osobniczka na obcasiku/ szpilce, której chód charakteryzuje się lekko zgiętymi nogami i częścią tylną powszechnie znaną jako pupa wysuniętą do tyłu. im wyższy obcas tym stopień wysunięcia większy. nie wiem jak znoszą to kręgosłup i stawy, ale podziwiam dziewczyny za heroizm trwania w tej mega-niewygodnej pozycji. dla urody, oczywiście.

typ drugi - akrobatka.

akrobatka nogi prostuje, pupę ma tam gdzie pupa w pozycji pionowej być powinna za to ramiona dziwnie zgarbione i... tańczące kostki. tak, te kostki są fascynujące - elastyczność stawu zachwycająca wręcz zważywszy na fakt, że pięta wygląda jakby żyła własnym, niezależnym od właścicielki życiem. przypuszczam, że akrobatki żyją li tylko dlatego, że niebiesia postanowiły oszczędzić im śmierci w wyniku powikłań po skomplikowanym złamaniu. wielokrotnym - wszak uroda zobowiązuje.

typ trzeci - słoniątko.

słoniątko to typ, którego się boję najbardziej. słoniątko idzie prosto, kostkę ma stabilną, pupa i ramiona ślicznie do pozycji dostosowane. niby nie ma co zarzucić, ale... ziemia drży. słoniątko chodzi z właściwą tym stworzeniom subtelnością sprawiając, że budynki chwieją się w posadach jak polska korona przed rozbiorami, a w chodniku ma się ochotę wypatrywać dziur znaczących trasę przechodzącej damy. 

przyglądam się słoniątkom, akrobatkom i kaczuszkom i zastanawiam się co je popycha do tego, by męczyć się tak strasznie płacąc swoim zdrowiem i kasą, bo te buty trzeba kupić przecież. 

zastanawiam się też nad czymś innym. wkładam butki na obcasie, spaceruję przed lustrem i próbuję odgadnąć, który typ nieudacznic ja sama reprezentuję. po minucie zrzucam buty i z uczuciem niebotycznego szczęścia wsuwam stopy w nieśmiertelne baleriny. wychodzę do pracy.

...

miłego dnia. pod znakiem słodkiej bezmyślności w stylu cosmo niech wam płynie!

...


niedziela, 01 sierpnia 2010

...

powoli wychodzę z ciężkiego szoku doznanego w czasie wakacyjnego pobytu w rodzinnych stronach. mija tydzień od powrotu i nabieram dystansu do sytuacji i zachowań tam zaobserwowanych. zastanawiam się tylko - kiedy kraina dziecięcej sielanki zmieniła się w kosmiczne uniwersum z czyhającymi wrogo nastawionymi alienami? bardzo chciałabym uwierzyć, że to kwestia mojego negatywnego nastawienia, ale... mam instynkt samozachowawczy.

...

koniecznie muszę zrobić porządek w szafie. po przyniesieniu rzeczy od krawcowej (tradycyjnie - skracanie. jak ktoś ma 150 w kapeluszu to ucina wciąż ;)) okazało się, że nie mam gdzie włożyć tych białych spodni, sukienki kupionej w ubiegłym roku nad morzem i kilku innych fatałaszków. leżą sobie malowniczą kupką na skrzyni z przyborami do mojej radosnej twórczości okołobiżuteryjnej i czekają aż się zdobędę na heroizm uporządkowania dwóch szaf. 

...

zaszyłam się. tęsknotą.

...

wczorajsza sesja - radosna. jednak lubię moją rudą ladacznicę i jej... argumenty. już się cieszę na kolejną sobotę w Starym Świecie.

...

a dziś była chińszczyzna. i obiad na ogródku. i film ryjący czaszkę.

i wszystko to z Krasnoludem.

do szczęścia czasem potrzeba naprawdę niewiele.

...


Archiwum