...ścieżka na stos...
RSS
piątek, 31 lipca 2009

...

muszę przyznać, że to stwierdzenie jest absolutnie prawdziwe.

...


środa, 29 lipca 2009

...

tego wyjazdu wakacjami nazwać nie sposób. to było po prostu odwalenie obowiązków rodzinnych.skutecznie zresztą zrujnowało moje plany - sesja w Warhammera poszła się przejść na termin późniejszy i kilka osób zawiedzionych było i diabli wzięli zaplanowany basen i wycieczkę.

na szczęście były też pozytywy.

okazuje się, że posiłki przy nakrytym na 12 osób stole mogą być przyjemne.

ponadto obejrzałam troszkę zaległych filmów: Efekt Motyla, Beowulf, Adrenalina, Elżbieta I - Złoty Wiek, Skazani na Shawshenk.

weszłam w posiadanie perfum Cerutti 1881.

wniosek z wyjazdu mam jeden - żadnych dzieci. jeszcze długo.

...

sittowana przeze mnie osóbka - Asia - jest cudowną osóbką.

...

dostałam od siostry torebkę. wcześniejszy prezent urodzinowy. jest piękna. moja siostrzyca ma dobry gust.

...

myślami jestem już w Warszawie. a to jeszcze prawie miesiąc.

...


czwartek, 16 lipca 2009

...

on: boję się mówić, że cię kocham, bo będziesz się martwić.

ona: i tak się martwię.

on: i tak cię kocham.

...

tak rozmawiają ludzie dorośli kiedy coś umiera.

tak wygląda dorosłość.

...


wtorek, 14 lipca 2009

...

"mocniejsza i słodsza. jak ty."

nawet herbata może stać się przyczynkiem do komplementu.

...


sobota, 11 lipca 2009

...

...imprezą.

nieubrana siadam na miękkiej pufie i stukam w klawiaturkę.

w ukochanym kubku beżowym kolorem kusi kawa.

jest leniwie i słodko.

jest dobrze.

...


piątek, 10 lipca 2009

...

[2009-06-16 00:16:05] ale mamy podobne charaktery
[2009-06-16 00:16:21] szybki zapłon i fascynacja
[2009-06-16 00:16:40] ale zaraz szukamy bardziej zielonej trawy - i dotyczy to pewnie każdego aspektu życia...

...

nocne rozmowy pozostawiają czasem takie dziwne echo w głowie. trudno o nich nie myśleć i jeszcze trudniej zapomnieć.

...

szukam bardziej zielonej trawy...

...


czwartek, 09 lipca 2009

...

wyjazd - oprócz cudnych poparzeń nadających mi wygląd frankensteina - przyniósł ze sobą jeszcze jeden efekt: uprzątnięcie szafy. okazało się bowiem, iż po wypraniu rzeczy zwiezionych nie mam ich gdzie włożyć. dziwne, bo teoretycznie powinny wejść tam skąd je wcześniej wyciągnęłam. ale nie. cóż, wzruszyłam ramionami, czas widocznie najwyższy by rozprawić się z szafy zawartością. i wczoraj właśnie się rozprawiłam. wynikiem rozprawy są 3 duże reklamówki rzeczy pozostawione dzisiejszego ranka przy śmietniku - komuś się może jeszcze przydadzą.

remanent ten przyprawił mnie o pewną refleksję. rewolucję w szafie robię średnio co pół roku. i zawsze mam coś do wyrzucenia. nie jedną czy dwie rzeczy, ale jedną czy dwie reklamówki ubrań. zastanawiam się czy aby na pewno wszystko jest w porządku. bo może ja za dużo kupuję? albo te rzeczy takie kiepskie są. inna sprawa, że moje zachcianki ubraniowe zmieniają się bardzo prędko i rzecz, w której w jednym sezonie chodziłam namiętnie w następnym klasyfikuje się jako nie-do-założenia. bynajmniej nie z powodu stanu zużycia czy faktu bycia niemodną - nie znam pojęcia mody w sensie "zawsze zgodnie z trendem sezonu". troszeczkę podejrzewam, że to co dzieje się w mojej szafie odzwierciedla w dużym stopniu to jak ja sama siebie postrzegam (ha! nie ma to jak domorosła psychologia!). w związku z powyższym stwierdzić muszę, iż powiedzenie: kobieta zmienną jest pasuje do mnie jak ulał.

...


poniedziałek, 06 lipca 2009

...

kolejne spełnione marzenie.

droga długa. w drodze informacja, że w Zatoce sinica. po dotarciu na miejsce rzęsisty deszcz. wydawałoby się - zapowiedź katastrofy.

jednak nie.

pierwszego dnia krótki sen, później wyjazd do Gdańska na rekonesans. szybkie rozpoznanie gdzie samochód zostawić, czym do Gdyni się dostać i jazda na plażę.

morze! - wrzeszczało całe moje jestestwo. a morze szumiało spokojnie swym poburzowym rytmem i wyrzucało na brzeg mnóstwo wszelakiego śmiecia morskiego - patyczków, piór, glonów i muszelek. i kolor miało piękny - chmurny, ciemny, lekko jakby obrażone było.

drugi dzień to początek Zlotu. pobudka o świcie, podróż do Gdańska. z Gdańska szybką kolejką do Gdyni. śniadanie w barze bistro i na nabrzeże. w porcie wieje mocno. zimno jakby. decydujemy się na zwiedzanie Daru Pomorza. to z jego pokładu mieliśmy przyjemność podziwiać jak do portu wchodzi największy z pięknych - rosyjski Sedov. udało się wyprosić zdjęcie z marynarzami - ha! ja w towarzystwie panów z Daru Pomorza i ORP Błyskawica. szczęściem przygotowania do oficjalnego otwarcia Zlotu spotkały ich na jednym pokładzie.

później rejs po Zatoce pirackim brygiem Dragon. średni pomysł jak się okazało, ale za to z jego pokładu obserwowaliśmy wejście żaglowca Mir. i szant sobie pośpiewałam troszkę wraz z pokładowym shantymanem.

obiad jest godną odnotowania rzeczą ze względu na... "żeberka!" wykrzyczane tak, że klientów z krzeseł podniosło. dla mnie dodatkowy smaczek - pani bufetowa miała wygląd i temperamencik niezapomnianej jak dla mnie dr Krysi K. poczułam się jak na zajęciach z pracy socjalnej.

kiedy wróciliśmy do portu ludzi przybyło. żaglowców też. zwiedziliśmy pokłady holenderskiego Eendrachta II i niemieckiego Alexandra von Humboldt. z kei obserwowaliśmy przybycie i cumowanie norweskiej fregaty Christian Radich.

po powrocie okazało się, iż mimo miernego słońca przypominam skwarek. w dodatku łaciaty.

piątek przeznaczyliśmy na zwiedzanie Gdańska. cóż, od czasu lektury Galeonów Wojny Jacka Komudy Gdańsk stał się moją miłością. spędziliśmy w mieście cały dzień klucząc jego uliczkami i spacerując nad Motławą. nie będę nikogo przekonywać o pięknie tego miasta, bo ono po prostu jest piękne i broni się samo. dzień zakończyliśmy towarzyskim spotkaniem z Ihtamem i późnowieczornym poszukiwaniem miejsca odjazdu autobusu linii 50.

z soboty pamiętam nieprawdopodobny tłok w porcie i zakup sukienki. weszliśmy na pokład norweskiej jednostki Sorlandet i załamaliśmy się kolejką na Sedova. szybko uciekliśmy na gdańską plażę. po południu było na niej niewiele osób i cisza. podziwiałam fale i cieszyłam się ich szumem. patrzyłam na mewy raz po raz spadające do wody i nabierałam pewności, że tam jest moje miejsce na ziemi. przy tej wodzie, z rozwrzeszczanym ptactwem nad głową i portowymi żurawiami na horyzoncie. to jest to za czym zawsze tęskniłam.

niedziela to ostatni dzień pobytu. śniadanie w hotelu i jazda do Gdyni. już z walizkami i świadomością, że to czas powrotu. byliśmy na tyle wcześnie by znaleźć wygodne miejsce na falochronie i czekać. statki powoli opuszczały port i wpływały na redę. później zaczęła się parada. jednostki rozwijały żagle dumnie prezentując swój majestat przed tłumami gapiów zgromadzonych w porcie i na plaży. wzruszającym momentem było wypłynięcie z portu Daru Pomorza. patrzyłam i patrzyłam. Zatoka zabieliła się od żagli, zatłoczyła masztami. widok warty naprawdę wiele.

...

spotkanie z Mordimerem nie doszło do skutku. Inkwizytor dotarł na zlot dopiero w sobotę popołudniem. rozminęliśmy się dość znacznie. rozmawialiśmy tylko przez telefon, a raczej próbowaliśmy rozmawiać, bo ja na tym falochronie to niewiele z tego co on mówił słyszałam.

spaliłam się strasznie. jestem czerwona, łaciata i w ogóle nie nadaję się do prezentacji.

moje ściany czeka mała rewolucja. tylko ramy na plansze z żaglowcami kupić muszę. 

...

ten wyjazd był także wyjazdem ważnych rozmów i trudnych decyzji. ale tam - daleko od domu - wszystko wydawało się być prostsze.

...


Archiwum