...ścieżka na stos...
RSS
wtorek, 26 czerwca 2012

...

czyli wszystko czego się dowiecie choć wcale nie zamierzaliście o to pytać.

...

historia cycków zaczęła się od niewinnego stwierdzenia: kupiłabym sobie coś. i równie niewinnej odpowiedzi: ja nawet nie coś, a coś konkretnego - cycki. potencjalnych podejrzewaczy o zapędy kosztowno-plastyczne od razu uprzedzę, że mianem cycków określam tę część garderoby, która część ciała cyckami zwaną skrywa (albo i nie). 

dwie baby, temat cycków i internet - to musiało zaowocować jakimś nieszczęściem. znalazły bowiem baby sklep. z takim wyborem wzorów, kolorów i rozmiarów, że klękajcie narody. liczoną w tysiącach zawartość przegrzebały w dwa dni, wybrały modele, zamówiły, zapłaciły i czekały.

czekały.

czekały.

po tygodniu włączyła się babom podejrzliwość. zamówienie opłacone 30 kwietnia, jest 10 maja i cisza. zadzwoniła jedna. miła pani przeprosiła, ale oni długi weekend mieli i nie pracowali, ale tak wszystko jest w porządku i zamówienie wysłane. poczekały baby tydzień. znów zadzwoniła ta pierwsza. miła pani znów się kajała, obiecała mail z numerem nadania i w ogóle. przy trzecim telefonie oprócz maila i numeru nadania miał być 3 stanik gratis (pani nie wiedziała, że baby do cycków są dwie i ciężko ten gratis będzie podzielić, ale co tam). po nieprawdziwym numerze nadania zadzwoniła druga baba. oprócz tego panie w sklepiku otrzymały miłego maila z informacją, że w związku z nieuczciwą praktyką handlową baby doniesienie na policję złożą. cos drgnęło i cycki dotarły. problem w tym, że... nie te. znaczy połowicznie nie te. jeden stanik był w porządku, a drugi stosowny w rozmiarze, za to ni cholery nie przypominający tego zamówionego modelu. w ramach gratisu przyszło... ramiączko. ponieważ sytuacja miała już bardzo absurdalny charakter spłakały się baby pod klatką, cyknęły fotkę zawartości paczki i wysłały do miłej pani mms z podziękowaniem za całkiem znośny stanik gratis oraz zapytaniem czy to ramiączko to dla tej, co swojego stanika nie dostała coby się mogła z rozpaczy na nim zadziergnąć. odpowiedź brzmiała: ja chyba zawału dostanę. to miłe - pomyślało się bezcyckowej babie - ale kwestii nieotrzymanego towaru raczej nie rozwiąże. baby zdecydowały, ze gratis zostanie przy tej, która swoich wymarzonych cycków nie dostała i więcej się szarpać z głupią firmą nie będą. był niemal koniec maja. zdążyły już nawet przestać się śmiać z żartów na temat potencjalnego dosyłania stanika we fragmentach do samodzielnego złożenia, kiedy przyszła paczka. a w paczce stanik. kolejny. kolejny niewłaściwy. 

podsumowanie historii: 3 staniki, w tym 1 model zamówiony, 1 ramiączko, kilkanaście wykonanych telefonów, 1 mail z całkiem poważną groźbą nasłania policji, nauczka na przyszłość, że nie wszystko co polecane jest faktycznie dobre.

sklep: www.lulu.pl - OMIJAJCIE!!!

...

sprawa Iron Mana jest równie radosna jak kwestia cycków, ale bez elementu oszustwa handlowego. za to z fangirlizmem w fazie ostrej, który się u wiedźmy objawił.

zaczęło się od wyjazdu do kina na "The Avengers". już po Sherlocku wiedźma niebezpieczną skłonność ku Robertowi Downeyowi Jrowi zdradzała, ale jeszcze jakoś to uchodziło. niestety, po Avengersach i uzupełnieniu sobie historii o dwie części Iron Mana nic już wiedźmy ocalić nie mogło. wybaczą Państwo, ale te oczy... rzęsy... i tyłek! facetom z takim tyłkiem powinno się zakazać paradowania w dresowych gaciach publicznie. a przed żeńską publicznością szczególnie. no.

po 15 latach obudził się w wiedźmie instynkt do posiadania tapety na pulpit z ulubioną postacią filmową, poważnie rozważa dokupienie figurki lego Iron Mana do posiadanych już szturmowców i...

i tu najweselsze. 

Państwo to widzą?

otóż wiedźma ma już żółte (złoto to jednak przegięcie) spodnie i bransoletki.

wszelkie pomysły na potencjalną terapię proszę kierować do Krasnoluda, który to biedny wczoraj byłby się ze śmiechu udusił.

...

katastrofa nuklearna dotyczy sfery zawodowej.

zupełnie poważnie myślałam, że kwestia zwolnień w moim kołchozie wyczerpuje limity zachowań z kategorii chamstwa i poróbstwa na rok 2012. pomyliłam się. grubo. o mil kilka co najmniej. moja, i tak już mocno nadwątlona, wiara w człowieka leży skopana i raczej się już nie podniesie.

ten artykuł, który wpadł mi w oczy zupełnie przypadkowo, paskudnie się wpisał w ogólnie panujący krajobraz zawodowy.

...

poza tym wszyscy zdrowi. postanowiłam, że jednak będę pisać tego bloga, bo choć wstawianie zdjęć, które intensywnie uprawiam na wiedźmorobótkach jest o wiele łatwiejsze to jednak czasem przychodzi taki moment, że trzeba się "wypisać". samemu dla siebie i nawet o bzdurach, ale trzeba. 

...

piątek, 08 czerwca 2012

...

niech to wystarczy za komentarz.

...

Arek Wlizlo z przyjaciolmi - Samotna fregata

...

wtorek, 05 czerwca 2012

...

na pamięć.

i stosować.

...

...

piątek, 01 czerwca 2012

...

...

Wybierając ten seans nie miałam nadziei na obejrzenie dzieła wybitnego. Chciałam po prostu dobrze się bawić, trochę pośmiać i zobaczyć kilka efektownych graficznie scen. Uważam, że to w zasadzie niewielkie wymagania. Czy zostały spełnione?

Historię Królewny Śnieżki znają chyba wszyscy. Piękna, osierocona księżniczka, zła macocha i gadające lusterko. Macocha truje księżniczkę, piękny książę ożywia ją z pomocą true love kiss'a i rzecz znajduje szczęśliwy finał pod postacią ukaranych winnych i hucznego weseliska. Jak do tematu podszedł reżyser filmu? 

Zła macocha jest faktycznie zła (i zblazowana). Ma równie podłego (i zblazowanego) brata (którego wypowiedzi i zachowania wskazują również na niepoddaną terapii dewiację seksualną jakowąś). Ona jest potężną wiedźmą i wraz z braciszkiem podstępem zagarniają różne królestwa. W zagarnianiu owym tak się rozpędzają, że trafiają w końcu na ziemie ojca Śnieżki i oszustwem, mordem i przemocą podporządkowują je sobie również. A Śnieżkę zamykają w małym pokoju na szczycie wysokiej wieży, gdzie trzymają ją aż do uzyskania przez nią pełnoletniości. Owa pełnoletniość jest dość istotna, bo w momencie jej osiągnięcia Śnieżka zrzuca Królową z tronu najpiękniejszej i zagarnia tytuł dla siebie. O fakcie tym informuje oczywiście Lustro, które jednocześnie podaje remedium na ową drobną niedogodność. Jeśli Królowa pochłonie serce Śnieżki problem starości, słabnącej mocy i faktu bycia śmiertelną przestanie dla niej istnieć. Królowa nakazuje bratu przyprowadzić księżniczkę, ten okazuje się być niezgułą i panna przez lat 10 lub kilka więcej przetrzymywana w wieży ucieka mu chyżo niczym zając, a trop się urywa w Magicznym Lesie. Kwestia urwanego tropu jest o tyle paskudna, że w Magicznym Lesie moce Królowej nie działają i ciężko będzie samobieżny eliksir młodości stamtąd wydobyć. Poza tym miejsce jest paskudne i cieszy się marną opinią wśród okolicznej ludności, więc nikt na spacerki poobiednie tam nie chadza. Jednakoż cóż by to była za baśń bez cudownych rozwiązań. Tu na scenę wkracza Łowca, który za obietnicę przywrócenia życia jego zmarłej żonie, po której żal popycha go do ciągłej nietrzeźwości i awanturniczości godnej faceta bez krawata, obiecuje Śnieżkę do zamku sprowadzić. Tego czy i jak to uczyni nie zdradzę. 

Czy ten film mi się podobał? Otóż nie. Nie było ani rozrywkowo (poza kilkoma scenami z krasnoludami, ale te nie są w stanie uratować całości), ani śmiesznie (tu znów ukłon w stronę krasnoludów), ani widowiskowo (troll świetny, ale widać go minutę - film ma 127). Jeśli ktoś idzie na ten film do kina z nadzieją na to, iż Kristen Steward poprawiła swój warsztat aktorski od czasu przygody ze świecącymi wampirami rozczaruje się głęboko. Dziewczyna nadal jest nijaka i wciąż przejawia wadę konstrukcyjną twarzy objawiającą się permanentnie otwartą buźką. Osobiście liczyłam na kreację Królowej, ale i tu spotkał mnie zawód. Muszę się zgodzić z Kotem, która stwierdziła po seansie, że wytrzeszczanie oczu do granic możliwości to jednak za mało by uznać postać za interesującą. Łowcy się nie czepiam - nie porywał, ale i nie odpychał. Tyle o postaciach. Co się tyczy realizacji to muszę powiedzieć, że się nudziłam. Tak. Film jest nudny. Nie pamiętam kiedy siedziałam w kinie i po głowie krążyły mi myśli by wyjść z seansu. Dziś właśnie tak było. Twórcy do własnego zamysłu zniechęcili mnie również tym, iż sceny w zamierzeniu straszne uczynili obrzydliwymi (scenki z wydłubywaniem i zjadaniem ptasich serduszek pasują do jakiegoś gore, a nie do umiarkowanie brutalnej bajki), a kilka razy miałam przed oczyma "Władcę Pierścieni" (You have my sword. And my bow. And my axe.). Paskudne kalki jakby komuś zabrakło inwencji lub za bardzo zapędził się w inspiracji. Nawet scena w zamyśle batalistyczna jest mierna, co przy obecnym nacisku na użycie technik komputerowych w trakcie realizacji filmu, jest nie lada wyczynem. 

Podsumowując: nie polecam, bo kilka ładnych krajobrazów i folkowe nutki w warstwie muzycznej to za mało by iść na film do kina czy płacić za płytę DVD. Jak ktoś będzie miał nadmiarowe ilości czasu może ewentualnie obejrzeć w tv, gdzie prędzej czy później ten koszmarek trafi. Osobiście uważam, że i ja i Kot mogłyśmy lepiej zainwestować swoje 24 złote.

...

Archiwum