...ścieżka na stos...
RSS
piątek, 18 kwietnia 2014

...

Dobrych, pogodnych Świąt Wielkiej Nocy i litrów zimnej wody w Dyngusa!

Dla wszystkich Zaglądaczy.

...

bunny

...

Tagi: wielkanoc
16:49, thalie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 kwietnia 2014

...

jedną z rzeczy, która najbardziej zniechęca mnie do wszelkiej aktywności fizycznej jest to, że człek przy tym ani nie wygląda, ani nie pachnie. nienawidzę lejącego się po plecach potu, zapaszku, który wcześniej czy później się pojawia i tego drżenia mięśni kiedy jest już po. wszystko to skutecznie odstrasza mnie od biegania, fitnessu, siłowni i tym podobnych szaleństw (fakt, że 4 miesiąc chodzę 2 razy w tygodniu się popocić jest jakimś kosmicznym zjawiskiem). jedyną formą ruchu, przy której wszystkie te rzeczy (a także uporczywe przykurcze mięśni, które się pojawiają wcześniej czy później) zupełnie, ale to zupełnie mi nie przeszkadzają jest taniec.

tu wyjaśnić muszę, że tańczyć to ja nie umiem. i żaden kurs tego raczej nie zmieni - nieważne: roczny czy dziesięcioletni. za sztywna jestem.

nie przeszkadza mi to jednak zupełnie. chodziłam na taniec towarzyski, teraz chodzę na taniec brzucha, a w minioną sobotę...

w minioną sobotę byłam na rumbie.

nie, nie zaczynam kolejnego tańca. wybrałam się, zgarnąwszy ze sobą Gabika, na warsztaty rumby kubańskiej, które zorganizowane były w ramach festiwalu kobiet Progressteron.

ach, rumba! nie, nie ten powolny i dostojny taniec kojarzony z turniejów tańca towarzyskiego. rumba kubańska to zmysłowy taniec, który jest opowieścią. opowieścią o kobiecie i mężczyźnie. opowieścią o namiętności. opowieścią o "gonieniu króliczka". rumba jest dynamiczna, wypełniona rytmem bębnów i tym pierwotnym poczuciem wolności, które płynie wprost z bliskiego kontaktu z ziemią i akceptacji tego jak układa się życie.

to było 90 minut wypełnione śmiechem, podziwem dla niezwykłej gibkości Prowadzącej i tym rytmem, wobec którego trudno byłoby pozostać obojętnym.

nie, nie nauczyłam się tam tańczyć. z całą pewnością dobrze się bawiłam. mam nadzieję, ze Gabik również. chyba tak, bo nie zostawiła mnie na parkingu pod Centrum Kultury ;)

...

Tagi: Rumba taniec
12:50, thalie
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 kwietnia 2014

...

jak w temacie. przypuszczalnie nawet kolejności.

...

zacznę od rzeczy subiektywnie najważniejszej. widziałam "Mayday"! TO legendarne, grane już 2 dekady "Mayday". to, na które bilety są ciężkie do zdobycia. byłam, widziałam. jeśli nadarzy się okazja pójdę raz jeszcze. 

spektakl jest przesympatyczną, brawurowo zagraną farsą opowiadającą o tym co się dzieje kiedy w poukładane życie posiadacza dwóch żon wkrada się element rujnujący mu to cudowne, i wbrew temu co można by sądzić, spokojne życie rodzinne. wydaje mi się, że najlepszą recenzją spektaklu jest (oprócz jego długowieczności) to, że gagi ze sceny trafiły do kanonu zachowań osobniczych widzów. konkretnie mojego i Krasnoluda, z którym na spektakl poszłam. 

po piątkowych rozkoszach teatralnych niedziela była dniem seansu kinowego w domu. Sisi namówiła mnie na obejrzenie "Rush", który to film dwukrotnie widziała w kinie, oddawała mu cześć bałwochwalczą, a na wieść że jest już na nośniku do użytku domowego zareagowała rozdzierającym: kup miiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!

szczerze mówiąc byłam do tego filmu nastawiona co najmniej sceptycznie. ani Formuły 1 nie lubię, ani jej nie rozumiem. Sisi jednak wierciła mi dziurę w brzuchu opowiadaniem jaki ten film jest cudowny, więc w końcu w ramach integracji z młodszym rodzeństwem stwierdziłam: no to dawaj to ryczące cudo.

i wiecie co? podobało mi się! mimo braku sympatii do bolidów, kierowców i odtwórcy roli Jamesa Hunta (khem!). film jest dynamiczny, pięknie zrealizowany od strony zdjęciowej, ma genialną muzykę i jest o czymś. i nawet jeżeli owo coś kompletnie cię nie interesuje to jest podane tak, że obejrzysz to z przyjemnością. dobrze zainwestowany czas. polecam zdecydowanie.

nie polecę natomiast obecnego w tym momencie w kinach "Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz". pod znakiem tego filmu upłynął poniedziałkowy wieczór. powiem otwarcie: Kapitana Ameryki jako postaci nie dzierżę. poszłam na ten film wyłącznie dla Scarlett Johanson, patrzenie na którą sprawia mi dziką przyjemność (większą sprawia mi już tylko towarzystwo Futrzanki, ale to sprawa na inną bajkę). i cały seans dziękowałam bogom i demonom za Scarlett. gdyby nie ona poszłabym po zwrot pieniędzy za bilet i odszkodowanie za straty moralne. film zawiódł mnie w kilku miejscach. wiem, i godzę się z tym, że w kinematografii (literaturze, komiksie, etc.) wszystko już było. ale wiem też, że pierwsza zasada dobrego czegokolwiek brzmi: skorzystaj ze schematu i zagraj go tak by ludzie odkryli go na nowo. najwyraźniej twórcom się o tej zasadzie zapomniało i kotlet odgrzali tak słabo, że nawet nie chce mi się o tym pisać. rozumiem przewidywalność, ale AŻ TAK? naprawdę? kolejna rzecz, która drażni to dorabianie ... uszu. zasadniczo na film o superherosach idzie się po to by przez jakieś 2 godziny oglądać kompletny chaos i rozwałkę, które zaczynają się w 3 minucie filmu i kończą ogromnym "kabooooom!!!" w 3 ostatnich. Marvel przyzwyczaił nas do tego przez wszystkie Iron Many, Hulki, Avengersów et consortes. dlatego z rosnącym zdziwieniem i zniecierpliwieniem obserwowałam jak w prostą fabułę filmu-demolki próbuje się wplatać jakąś "głębię", wątki uczuciowe, polityczne i patos rodem z "Królestwa niebieskiego". przegadali. w dodatku kompletnie bez stylu. nie polecam iść do kina. są tańsze źródła. w dodatku z możliwością przesunięcia dłużyzn.

był teatr, były filmy, czas na jakąś literaturę. literaturę nawet nie jakąś, a bardzo konkretną. "Sztuka prostoty" Dominique Loreau. książka-poradnik jak lepiej i pełniej żyć. 

moje doświadczenia z poradnikami są raczej marne. Chodakowska leży i zbiera kurz. razem z nią poradnik jak efektywnie zarządzać swoim czasem i pięknie wydane "Makijaże z Katosu" (czyli o tym jak wiedźma nigdy nie zrobi kreski eyelinerem). "Sztuka prostoty" najwyraźniej miała się wyłamać z tego nieszczęsnego kanonu poradnikowych porażek wiedźmy. na książkę tę natknęłam się już 2 lub 3 lata temu. moją uwagę przykuła okładka. biała, z pojedynczą kalią pośrodku i oszczędną czcionką. bardzo ascetyczny wygląd zachęcił mnie by wziąć ją do ręki. otworzyć. zerknąć. skraść słowa z kilku akapitów. 

nie kupiłam jej wtedy. ale zapamiętałam. dziś jestem posiadaczką ebooka. i pierwszego przeczytanego poradnika jak żyć na koncie.

książka jest interesująca. nawet jeśli nie zamierza się w żaden sposób skorzystać z rad w niej zawartych. nawet jeśli nie zgadzamy się zupełnie z filozofią Autorki. w końcu, nawet jeśli poziom ironii i sarkazmu każe nam bezlitośnie wykpić tezy w niej zawarte. dobrze się ją czyta. po prostu. ja osobiście znalazłam w niej kilka sprytnych "patentów", z których zamierzam skorzystać. ba! już korzystam. sama jestem zadziwiona, ale tak. jednak poradniki się do czegoś przydają. 

jedna z rzeczy, o których pisze Autorka to zasada sprawiania sobie małych przyjemności codziennie. nie, nie takich materialnych. to może być np. pisanie przez 15 minut, czytanie książki, czy masaż. coś prostego, ale koniecznie takiego co sprawia nam dziką przyjemność. nie musi nawet trwać długo. byle znaleźć codziennie na to chwilę czasu. 

z tej porady zamierzam skorzystać. całkiem serio. blog będzie przy tym przydatnym narzędziem.

trochę odwróciła się kolejność i zadziwienie zostało na koniec. 

zadziwienie zawdzięczam kolczykom, które dostałam w prezencie od Krasnoluda na Gwiazdkę kilka lat temu. maleńkie peridoty oprawione w srebro przykuły uwagę jednej z koleżanek. opowiedziałam więc historię spisku kocio-krasnoludzkiego, który to spisek doprowadził do tego, że te małe klejnoty pojawiają się czasem w moich uszach. opowieść podsumowana została jednym zdaniem: chciałabym żeby ktoś tak o mnie zabiegał. 

i tu nastąpiło zatchnięcie się wiedźmy. no bo jak to? to inni mężczyźni tak nie robią? no przecież znam innych mężczyzn. i zdecydowanie ci, których znam czynią różne zabiegi by ich ładniejsze połowy zaskoczyć, sprawić im przyjemność, by poczuły się jakoś tak wyjątkowo. tak więc zetknięcie się z kobietą, która podobnych doświadczeń nie ma było dla mnie z lekka dziwne. 

witamy w realnym świecie? czy jakoś tak?

...

Archiwum