...ścieżka na stos...
RSS
czwartek, 20 marca 2014

...

lata świetlne temu I-kun zaprojektował dla mnie suknię ślubną. projekt gdzieś przepadł w otchłaniach internetów i mojego zniszczonego dysku, ale jedno z niego pamiętam. suknia była dość... perwersyjna. na moje pytanie dlaczego akurat tak, odparł: bo ty jesteś domina (w dużym skrócie to odparł, bo I-kun ma rzadki dar krasomówstwa). 

śmiałam się wtedy. 

dziś, kiedy patrzę na siebie, muszę przyznać I-kunowi trochę (sporo?) racji. nie wiem wprawdzie czy określiłabym się mianem dominy, ale jest mnóstwo prawdy w tym, że mam skłonność do panowania nad sytuacją i stawiania na swoim. momentami obsesyjną wręcz. przy niezaprzeczalnej prawdzie, że mnóstwo rzeczy jest mi tak obojętnych jak to tylko możliwe i przyzwoite muszę przyznać się sama przed sobą, że jeśli coś jest dla mnie ważne to podejmowanie dialogu ze mną jest zadaniem co najmniej trudnym, z pewnością mało przyjemnym. jest kilka obszarów mojego życia, w które lepiej nie próbować ingerencji, gdyż co najwyżej można zarobić w twarz. mentalnie. pejczem.

...

Tagi: refleksje
21:12, thalie
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 marca 2014

...

okazuje się, że w życiu nie tylko nieszczęścia poruszają się stadnie (jak snotlingi - jak nie mają przewagi 10:1 to uciekają). fartownym zdarzeniom również zdarza się poruszać po pięcioliniach ludzkiego losu w liczbie większej niż samotna (i jakby porzucona) ósemka. i chociaż mój fart z tego tygodnia był zapewne oparty na niefarcie kogoś innego to jakoś tak trudno okazać mi współczucie, skruchę z powodu mej radości czy cokolwiek innego co wskazywałoby na ułamek choćby wyrzutów sumienia. nie. przyjemność była zbyt duża.

teatr. 

środowy spektakl w Teatrze im. Juliusza Słowackiego zatytułowany "Peer Gynt" był absolutnie zaplanowany. ponieważ nie mam w zwyczaju wnikać w szczegóły tego co zamierzam zobaczyć przed obejrzeniem sztuka była dla mnie zaskoczeniem. oczekiwałam czegoś klasycznego, a tu niespodzianka. opowieść o poszukiwaniu wielkości. szukaniu siebie. o powierzchowności sukcesu i bólu upadku. o uciekaniu od odpowiedzialności. wyjątkowo do gustu przypadła mi żywiołowa i brawurowa kreacja sceniczna Krzysztofa Piątkowskiego, którego nawet potknięcie na butelkach skomentowane zupełnie niescenicznie (ale to musiało boleć) nie wybiło z roli.

mimo, że "Peer Gynt" nie pozostawił mnie obojętną, prawdziwą burzę uczuć i wrażeń przeżyłam w piątek w Teatrze Stu. "Biesy". z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa stwierdzam, że gdybym była nieco młodsza zapewne nie spałabym w nocy po obejrzeniu tej sztuki. fabuły chyba przytaczać nikomu nie trzeba, napiszę więc o tym co podobało mi się wyjątkowo.

chór. Ukraiński Chór Woskresinnia pod dyrekcją Aleksandra Tarasenko. od początku, aż do ostatniej minuty chór stanowi niesamowitą oprawę muzyczną spektaklu. śpiew podkreśla niezwykły nastrój panujący w czasie ponad trzygodzinnego przedstawienia i zdecydowanie jest jego atutem największym.

niesamowita Beata Rybotycka w roli Marii Lebiadkin. w roli trudnej i niewdzięcznej. 

efekty specjalne. scena Teatru Stu jest niewielka, ale okazuje się, że nie stanowi to żadnej przeszkody w tworzeniu na niej rzeczy niezwykłych. a może właśnie dzięki temu odczuwa się je podwójnie? grzmot, strzał z pistoletu, płomienie świec. to wszystko jest tak blisko widza (zwłaszcza jeśli siedzi się w drugim rzędzie ;)), że odbiera się je całym sobą. 

nastrój. cały spektakl jest nieco jak misterium. nie tylko się go ogląda, ale wręcz przeżywa. niesamowite doznanie.

tak więc, jak wobec takiej dawki emocji mogłabym nie odczuwać radości z faktu, że mogłam to przeżyć? mimo, że ktoś zapewne miał skutecznie zrujnowane plany na piątkowy wieczór.

...

Tagi: teatr
12:23, thalie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 marca 2014

...

promienie słońca muskające policzki, wiatr we włosach i rozpięta kurtka.

w takich okolicznościach przyrody nawet gonienie pociągu jest mało straszne.

...

Tagi: refleksje
21:53, thalie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 marca 2014

...

jest taki stary dowcip o diecie-cud. jem i czekam na cud.

ostatnie zdarzenia chyba miały na celu utwierdzić mnie w przekonaniu, że cud się zdarzył.

w tamtym tygodniu zmuszona byłam kupić spodnie.

zmuszona, bo w okolicznościach zadziwiających straciłam dwie pary.

no więc nabyłam nowe.

w przymierzalni spodnie leżały idealnie.

wysoki stan, dopasowane nogawki. cudo.

ucieszona następnego dnia założyłam je do pracy.

i stał się cud.

po dwóch godzinach co i rusz podciągałam spodnie za szlufki, bo zsuwały się wręcz niemożliwie.

po całym dniu mogłam spodnie zdjąć. nie rozpinając zamka i guzika.

cud. bez diety. za to z krawcową w tle.

...

z gatunku dziwów: bezproblemowa przesiadka ze starego telefonu na nowy.

przesiadka niebagatelna, bo z androida na WP8.

oczekiwałam przekleństw, złorzeczeń i rzucania za okno. tymczasem odbyło się niemal bezboleśnie. owszem, był moment rozważań z gatunku rzucić czy nie rzucić? ale to raczej wynikało z mojego wrodzonego braku cierpliwości w stosunku do urządzeń technicznych. poza tym bajka. 

ta wymiana telefonu to taki trochę powrót do korzeni.

po jednorazowym wyskoku w mojej torebce znowu zagości nokia. 

...

Tagi: nokia życie
20:32, thalie
Link Komentarze (1) »
sobota, 08 marca 2014

...

w dniu naszego święta życzę wszystkim razem i każdej z osobna by zawsze mogła być księżniczką. w najlepszym wydaniu.

monica

...

środa, 05 marca 2014

...

40 dni bez słodyczy.

postanowione.

do biegu, gotowi, start!

...

z wiosną nowe idzie.

ptasie gniazdo na głowie zlikwidowane.

...

do lektur "ku pokrzepieniu serc" dopisuję "Wilczy legion" Adama Przechrzty.

wilczy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

...

sobota, 01 marca 2014

...

i ciężkiego koca.

...

jak już pewnie pisałam (a jak nie, to właśnie piszę) jestem migrenowcem.

nie wiem skąd i jak u osoby z rodowodem wybitnie robotniczo-chłopskim (z przewagą tego drugiego) taka wysokosferna choroba, no ale... najwyraźniej gdzieś w historii mojej rodziny zawieruszył się jakiś delikatniś (oficer napoleoński szukający pocieszenia u prostej wiejskiej dziewuszki po sromotnej klęsce na ziemiach rosyjskich? ;)). 

migrena to doświadczenie ze wszech miar przykre i kłopotliwe.

po pierwsze primo: przychodzi znienacka, powodowana niewiadomoczym.

po drugie primo: dezorganizuje życie.

po trzecie primo: boli! boli tak, że żołądek zgłasza chęć pochwalenia się czym nakarmiłam go ze trzy doby wcześniej, a oczy z kolei odkrywają w sobie żyłkę podróżniczą i natennatychmiast chciałyby się gdzieś przespacerować. najlepiej z prędkością wystrzelonego z procy pocisku. i jest jeszcze ten uporczywy ból i sztywność karku. jakby mi ktoś kołek drewniany wbił w podstawę czaszki.

nikomu nie życzę takich doznań. 

dobra, kłamię. jest kilka osób, którym oddałabym bez żalu, a nawet z uśmiechem. ale mniejsza z tym.

otóż migrenie towarzyszy dodatkowo zespół odczuć, które ja nazywam "twarda poduszka i ciężki koc".

rzecz w tym, że kiedy leży się sponiewieranym rozważając wykłucie sobie oczu (światło nie jest przyjacielem) i pozbawienie w sposób nie mniej efektowny zmysłu słuchu (dźwięk takoż...) nagle odkrywa się, że poduszka na której spoczęła głowa, dokładnie ta sama poduszka, która miała być źródłem wytchnienia i ukojenia w cierpieniu jest cierpienia owego dodatkowym źródłem, gdyż za sprawą mocy piekielnych jakowychś staje się TWARDA. 

dobra, przyznaję. nie sypiam na puchu. moja poduszka to kawał sztywnej gąbki wyprofilowany tak bym mogła komfortowo spać na boku (co zdaje się na nic, bo i tak 99% mojego snu odbywa się na brzuchu). ale nigdy, przenigdy nie mogę o niej powiedzieć żeby była zrobiona z drewna. poza tymi (na szczęście krótkimi) nocami (a czasem dniami) kiedy dopada mnie TO.

rzecz podobnie dziwna ma się z kocem. zwyczajnym kocykiem, którym dogrzewam się zimą. puchate, przyjazne stworzenie w dniach kiedy męczy mnie migrena staje się drapieżnym potworem, który próbuje zadusić mnie lub zagnieść w moim własnym łóżku. a jak go zrzucę to nasyła na mnie fale zimna tak dotkliwego, że wracam w jego śmiercionośne objęcia.

zaprawdę powiadam wam - łóżko to niebezpieczne miejsce nie tylko ze względu na śpiące pod nim potwory.

...

p.s. żeby nie było tak pesymistycznie dodam, że od pewnego czasu mam tabletki szczęścia, które na ogół pomagają natychmiast. no, chyba, że za długo dywaguję nad tym czy to migrena czy znów przeziębiłam zatoki, wtedy działają dopiero po drugim podejściu. i to na krótko.

...

Archiwum