...ścieżka na stos...
RSS
wtorek, 27 marca 2012

...

25 marca 2012, Warszawa.

...

Z twórczością Loreeny McKennitt zetknęłam się jeszcze w ogólniaku kiedy w stosie szantowo-folkowych plików odkryłam genialną "The Lady of Shalott". Zaczęłam szukać innych przejawów twórczości Artystki, która tak mocno zaczarowała mnie głosem i dalej "samo poszło". Loreena od tamtej pory towarzyszyła mi raz rzadziej, raz częściej, ale zawsze. Nigdy nie stałam się znawczynią Jej twórczości, ale za każdym razem przyjmowałam ją z niekłamaną przyjemnością. Kiedy więc portal Folk24.pl ogłosił, że Artystka zamierza wiosną odwiedzić polską ziemię zapiszczałam z radości. Bilety zakupiłam już w grudniu i czekałam godziny zero.

Koncert.

Nie umiem pisać o muzyce w sposób profesjonalny. Nie umiem ocenić czy nagłośnienie, wykonanie, aranżacje były perfekcyjne - od tego są specjaliści i krytycy. Ja mogę napisać jedno: było bardzo, ale to bardzo emocjonalnie. Na samym wstępie ogromne wrażenie robi ciepłe, pełne serdeczności podejście Artystki do publiczności. Spokojny, głęboki głos, który kiedy Loreena opowiada o swojej twórczości, podróżach, inspiracjach i zachwytach nie zdradza jeszcze swojej potęgi. Ta staje się widoczna dopiero w śpiewie. To jest ogromna siła i piękno ukryte w drobnej kobiecie. Coś niesamowitego, bo choć zna się to z płyt to jednak gdy słyszy się na żywo wgniata w fotel. Nagle dociera do człowieka, że w tym głosie nie ma żadnego oszustwa, żadnej cyfrowej poprawki. On taki jest - w studiu i poza nim. Niesamowity.

Drugą absolutnie niemożliwą do przemilczenia kwestią są towarzyszący Artystce muzycy. Bosonoga wiolonczelistka - tak charyzmatyczna i ekspresyjna, że momentami odnosiło się wrażenie, że to ona jest frontmanem zespołu, skrzypek, co do którego powzięłam podejrzenie, że za moment stanie w płomieniach wraz ze swoim instrumentem i gitarzysta, który równie sprawnie posługiwał się gitarą elektryczną, jak i lutnią. Solowe popisy, a także dialogi na instrumenty stanowiły naprawdę godną podziwu prezentację umiejętności, ale i miłości do tego co się robi.

W sumie koncert trwał ok. 3 godzin. Bisowano 2 razy. Publiczność tupała, klaskała, krzyczała, rzucała kwiaty na scenę, a nawet tańczyła. Kilka razy owacje oddano na stojąco. Było naprawdę energetycznie i pięknie. Długo, długo nie zapomnę tego koncertu i mam nadzieję, że jeśli Loreena McKennitt wróci, tak jak zapowiadała, latem do Polski to będę mogła znów podziwiać i ją, i jej genialny zespół.

...

znacznie bardziej profesjonalna recenzja koncertu - z tytułami utworów, nazwiskami Artystów i opisem aranżacji znajduje się TUTAJ.

...

czwartek, 15 marca 2012

...

... był sobie paź, i była też królewna.

z cukru był król, z piernika paź, królewna była... z drewna.

no nieużyta taka franca była. ni to ugryźć, ni polizać.

w dodatku sztywnawa jakaś.

i królewna owa popłakiwała sobie nie całkiem rzadko, że samotna taka. i nierozumiana. że alienacja ją dotyka i inne dramaty.

droga królewno! (i wszystkie inne zdrewniałe, skamieniałe czy inne uszynowione panny, też!)

jak ktoś ma kij w d...pie i ludziom i życiu się nie kłania to niech nie oczekuje, że życie czy ludzie pokłonią mu się pierwsi.

raz może.

później pójdą swoją drogą. 

zasada trwania w świecie jest prosta: jeśli czegoś chcę, wyciągam po to rękę, a nie czekam aż samo przypełznie (przyfrunie? przygna na białym rumaku?).

można również o to poprosić - też działa.

generalnie: akcja wywołuje reakcję, a z kijem w tyłku to w polu postać sobie można i wróble postraszyć.

...

a następna bajka będzie o pasjach.

...

 

sobota, 03 marca 2012

...

wpis o charakterze typowo babskim. ni to ciekawy, ni odkrywczy. powstał w związku z niedawnymi rozmowami na temat.

...

galeria handlowa. tłumno, głośno. nagle odzywa się telefon głosem frontmana Banana Boat wyśpiewując o tym, że słodka mała mało chciała i co z tego chcenia wynikło. zatrzymuję się i zaczynam przegrzebywać torebkę. telefon wygrywa, że fala ryczy zła. grzebię dalej. kwestia wódki, wina i kobiet przebrzmiewa, ja nadal szukam. kiedy dochodzi do tematu spotkania wydobywam urządzenie z czeluści i wówczas zapada cisza. znów nie zdążyłam odebrać.

kto zna ten scenariusz ręka w górę.

kobiece torebki generalnie owiane są całunem mitu i legendy i wiecie co? nic z mitu i legendy w tym nie ma. sama prawda. torebka, z którą przeciętna przedstawicielka mojej płci biega na co dzień to siedlisko paścia wszelkiego. oczywiście wszystko jest nam absolutnie przydatne i potrzebne. klucze do domu, dokumenty, portfel są dość oczywiste. chusteczki higieniczne i pomadka ochronna na ogół też. kosmetyczka? no raczej. gorzej jak w tej kosmetyczce znajdują się kable do mp3 i telefonu, słuchawki i sama mp-3ka :) różaniec? kości do gry? kapsel po egzotycznym piwie? nawilżane chusteczki dwojakiego rodzaju? kalendarz? miniaturka pluszowego misia? osobiście odczuwam brak małego aparatu fotograficznego do uwieczniania dziwaczków życia codziennego, ale kiedyś to zmienię ;)

okazuje się, że wielkość torebki nie ma tu specjalnego znaczenia. mam koleżanki, których torebki stanowią połowę wielkości mojej i wcale, a wcale nie są mniej wyładowane czy (bogowie brońcie!) lżejsze. ja preferuję duże rozmiary, bo lubię... pakować zakupy do torebki. idealna wielkość to taka, w której można przynieść do domu nowe buty wraz z pudełkiem i nikt tego nie zauważy. duży rozmiar ma jeszcze jedną zaletę. ze względu na panujący wewnątrz burdel (bo bałagan to eufemizm dość potężny w stosunku do tego zjawiska) potencjalny złodziej prędzej wyciągnie paczkę podpasek niż telefon czy portfel.

nie jestem jednak szczególnie ekstremalną właścicielką torebki. pamiętam koleżankę, która w związku z tym, że nigdy niczego nie mogła znaleźć zawsze wszystkiego miała po dwie sztuki (a czasem więcej). nie pomagało to w odnajdowaniu czegokolwiek, ale doprowadzało do komicznych sytuacji kiedy zaczynał dzwonić jej telefon. Paulina wpierw zaczynała nerwowo grzebać w torbie, potem wyrzucała notatki, w końcu odwracała ją do góry dnem i wysypywała zawartość na środku korytarza. po 3 razie przywykłyśmy ;)

...

Banana boat - Słodka Mała

...

Archiwum