...ścieżka na stos...
RSS
sobota, 05 grudnia 2015

...

z licencją na zabijanie.

i z nadanym numerem.

może z limitowanej edycji?

a tak poważnie: nie darzę sympatią Jamesa Bonda. i nigdy nie oglądałam filmów o przygodach szpiega Jej Królewskiej Mości. no, "Skyfall" widziałam w jakieś święta. nuuuudne, że aż się zastanawiałam dlaczego ja ciągle tkwię przed ekranem. i nagle, ni z tego, ni z owego, chęć mnie wzięła nieodparta by do kina na nowego Bonda pójść.

starość? - pomyślałam. 

Krasnolud się zgodził. poszliśmy.

wprawdzie w kinie mieli awarię i bilety mamy wypisane ciut drżącą ze zdenerwowania ręką Pani Kasjerki, ale dotarliśmy.

po seansie stwierdziłam, że głupie to nieprzeciętnie. ale do domowej kinoteki nabędę. dlaczego? bo ten film fabularnie to katastrofa, ale wizualnie... już początkowa scena w Meksyku jest ucztą dla oczu. szczególnie moment, w którym odziany w czarny frak z nadrukiem/haftem szkieletu Bond zmierza do windy. i te kości na fraku poruszają się, falują. wspaniałe!

sam bohater nie powala. sprawia wrażenie rozchwianego emocjonalnie i słabego człowieka. zupełnie jakby miał w pewnym momencie usiąść na chodniku i zapłakać. już w "Skyfall" zauważyłam tę cechę u niego i jakoś mi z tym źle. no i ten Daniel Craig... z workiem na głowie kawał pięknego mężczyzny. niestety twarz psuje efekt.

...

Archiwum