...ścieżka na stos...
RSS
piątek, 22 listopada 2013

...

albo mam wielkie szczęście, albo jestem lepsza niż sama to oceniam.

tak czy siak nowa fabryka podpisała ze mną drugą umowę.

na czas nieokreślony.

...

Tagi: praca życie
21:30, thalie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 listopada 2013

...

wiedxmin

...

Kiedy w internetach gruchnęła wieść, że AS pisze kolejnego Wiedźmina coś we mnie jęknęło z obawą. Nowego? Wiedźmina? Po co? Bałam się. Bałam się strasznie, że nowa książka okaże się ciągnionym na siłę kawałkiem narracji mającym posłużyć jako dodatkowe źródełko zarobku na rozentuzjazmowanych fanach. Kurde, sama jestem fanką. I cholernie nie chciałam być li tylko źródełkiem.

Moje obawy miały się jednak nijak do racjonalnego postępowania. Książkę zamówiłam jak tylko zamówić się ją dało i pognałam po nią jak na skrzydłach. No, dobra, koloryzuję. Krasnolud pognał, bo ja akurat wyjechałam na Wszystkich Świętych. A skoro pognał to raczej na kucykach. Tak czy siak Wiedźmin po raz kolejny zawitał w me progi. Zległ na półce i... leżał. Leżał. A ja chodziłam wokół niego jak kot wokół gorącej parówki. Trochę dlatego, że kończyłam czytać polecone przez Tygrysa opasłe tomiszcze insze, a trochę ze strachu. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, jaki nowy Geralt będzie?

Przełamałam się w sobotę. Tę minioną. Zasiadłam do lektury rano i... nie było mnie do wieczora. Mogło się palić, walić, a wanna jęczała żałośnie o umycie. Nic nie było w stanie mnie ruszyć czy wzruszyć. Prócz książki.

Jaki jest nowy Wiedźmin? Doskonały. Od pierwszej litery po ostatnią kropkę. Krótka wymiana zdań z L. w tym temacie doprowadziła do konkluzji następującej: jakby człowiek do starych znajomych wrócił. Nie ujęłabym tego lepiej. 

Andrzej Sapkowski po raz kolejny udowodnił, że przydomek AS przylgnął doń nie tylko ze względu na inicjały. Rozmach, pisarska swada, przebogaty język, ogrom wiedzy, który prezentuje - to wszystko odbiera z piersi dech i sprawia, że oderwanie się od lektury jest niemal niemożliwym. Nic się nie zmieniło. Cofnęłam się w czasie o 14 lat. Znów byłam rozentuzjazmowaną licealistką chłonącą stronę po stronie. To były te same emocje, ta sama dzika radość z podróży. 

Jestem oczarowana i zaczarowana. Polecam.

...

czwartek, 14 listopada 2013

...

Babcia: ale się z ciebie pączuś zrobił.

O_o

od wakacji nieznacznie schudłam.

...

Mama: wiesz co Mania, starzejesz się. <gładzi mnie po czole> weź sobie krem jakiś kup.

O_o

...

żniwo z jednego tygodnia.

kobiety są okrutne.

...

sobota, 09 listopada 2013

...

Sztukę o tym tytule w Krakowskim Teatrze Scena Stu obejrzałam piątkowym wieczorem w towarzystwie Starszej B. Jest to opowieść o trupie cyrkowej, styranizowanej przez swego dyrektora - maestro Caribaldiego, a której członków łączą więzi nie tylko pokrewieństwa.

Maestro Caribaldi ma swój cyrk i swoją obsesję - kwintet "Pstrąg", do grania którego zmusił członków swej trupy: żonglera, pogromcę zwierząt, wnuczkę-akrobatkę i błazna. Wszyscy ci ludzie nienawidzą kwintetu, swoich instrumentów i panicznie boją się Maestro. Jednak karnie przychodzą na próby i wykonują wszystkie polecenia Caribaldiego.

"Siła przyzwyczajenia" to bardzo współczesna opowieść o tym jak ludzie tkwią w toksycznych relacjach - w pracy, w rodzinie. Jak relacje te upadlają ich, a jednocześnie spajają z grupą, w której przyszło im się znaleźć. W trupie Caribaldiego każdy ma swoje miejsce, swoje zadania. Każdy jest filarem chorego układu. I choć prawdopodobnie każdy z członków wie, że bez niego całość runie jak domek z kart (w końcu kwintetu nie można grać w 4 osoby!) to tylko żongler podejmuje próbę "ucieczki". 

"Siła przyzwyczajenia" to także opowieść o dążeniu do doskonałości. I zapytanie o to ile w tym dążeniu trzeba, a ile wolno człowiekowi poświęcić. Własne dziecko? Życie ludzi? W którym miejscu sztuka zamienia się w obsesję, a następnie w zwyczajne okrucieństwo? 

To trochę obraz obłędu. Zresztą obłęd wychyla się z większości odgrywanych przez aktorów scen.

Rzecz może nie nowatorska, ale czasem trzeba dostać mentalnie w twarz od oczywistości by na nowo przeanalizować własne życie.

...

Tagi: teatr
21:49, thalie
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 listopada 2013

...

czas przecieka mi przez palce, a ja nie ogarniam żywota swego nic a nic. niemoc jakaś mnie dopadła. pewnie z tych opadających liści. i ogromnie mi smutno, bo nagle zabrali ciepełko.

ale, ale! żeby smutno ni było...

26 października byłam na koncercie w Gliwicach. koncert miał miejsce w gliwickim Centrum Kultury Studenckiej "Mrowisko" i dobywał się w ramach Festiwalu "Nad Kanałem". jednym słowem było to co wiedźmy lubią najbardziej - szanty! festiwal jest przedsięwzięciem dość skromnym, organizowanym przez zespół Sąsiedzi i zaprzyjaźnionych z nimi pasjonatów. w tym roku ten kto przybył miał przyjemność posłuchać zagranicznych gości. po pierwsze duetu utworzonego z członków zespołu The Hoolie Jerry'ego Casaula i Bruce'a Macartneya, a po wtóre (i chyba nawet ważniejsze jeśli mierzyć poziomem legendy) Geoffa Kaufmana  (nigdy nie wiem jak zapisać odmiany nazwisk, więc za nieprawidłowości proszę nie strzelać do autorki). oprócz zagranicznych gości posłuchać można było Marty Śliwy, która otwierała koncert, młodej grupy Pod Wiatr, weteranów polskiej sceny szantowej - Marka Szurawskiego i zespołu Ryczące Dwudziestki oraz zespołu Sąsiedzi, z którymi ku mojej (i chyba nie tylko mojej) ogromnej radości wystąpił Jerzy Rogacki - człowiek-legenda i frontman zespołu Cztery Refy.

z wszystkich występów najbardziej do gustu przypadło mi muzykowanie w wykonaniu Geoffa Kaufmana i tandemu Sąsiedzi-Rogacki. gość zagraniczny absolutnie podbił moje serce lekkością wykonania, niewymuszoną finezją i profesjonalizmem płynącym nie tylko z umiejętności, ale głębokiej pasji wpisanej w to co robi. występ Sąsiadów jak zwykle mocno nacechowany emocjami. "Johnny I Hardly Knew Ya" w ich wykonaniu powala na kolana i trzeba być istotem (istotem, nie istotą) z marmuru by nie poczuć choć małej guli w gardle.

rzecz, której długo nie zapomnę (poza mentalną miazgą, którą zafundowali mi Sąsiedzi, oczywiście) to próba tłumaczenia nazwiska Jerzego Rogackiego na język angielski. ktoś bowiem doszedł do wniosku, że skoro zawdzięczamy jemu właśnie tyle doskonałych przekładów szant i pieśni żeglarskich na język nasz rodzimy, to warto się zastanowić jak nazwisko tak zacnego człowieka brzmiałoby w języku, któremu tyle czasu poświęcił. i wiecie co wyszło? ano to, że Jerzy Rogacki po angielsku to... George Hornblower. wszelkie skojarzenia wydają się być bardzo na miejscu :)

po cudnym weekendzie zamykającym październik nastąpiło to smutne święto listopadowe, które w narodzie naszym ciągnione będzie pewnie aż po 11 listopada. spędziłam je wyjazdowo bardzo i w sumie nic więcej na ten temat powiedzieć ciekawego nie można.

a teraz raduje się serce, raduje się dusza... nowym Sapkowskim.

mniej radosny jest fakt, że buty Wojasa nabyte bardzo niedawno i bardzo niewiele noszone dziś zaniosę do reklamacji. więc w deszczu i zimnie pomykam sobie w welurach. nomen omen też Wojasa. mających chyba 7 albo więcej lat. styranych niemożebnie. i CAŁYCH. no!

...

Archiwum