...ścieżka na stos...
RSS
niedziela, 20 lutego 2011

...

- czy to jest pit?

- nie, to rmua.

- a jaka to różnica?

- bo na tym pani widzi na ile okrada panią ZUS, a na picie jak kroi panią skarbówka.

- a-ha-ha-ha! bo widzi pani, u mnie w domu to wszystko mąż załatwia i ja się na tych dokumentach w ogóle nie znam.

hmmm... jak po 20 latach pracy można nie wiedzieć jak wygląda pit? głupcy to jednak szczęśliwa rasa.

...


piątek, 18 lutego 2011

...

planowałam wizytę u specjalisty, u którego bywam kilka razy do roku. informuję koleżankę, że jutro będę później, gdyż wizytę chcę zaliczyć, a ona do mnie słowami temi się zwraca: ale przecież zlikwidowali. zamrugało mi się z niedowierzaniem. jak to zlikwidowali???

i tym oto sposobem dowiedziałam się, że NFZ nie dał naszemu ZOZowi pieniędzy na zakontraktowanie 4 specjalistów. likwidacji uległy poradnie neurologiczna, diabetologiczna, urologiczna i dermatologiczna. podniosło mi ciśnienie jak zaczęłam rzecz analizować. no dobra, ja mam lat 30 to sobie lekarza poszukam gdzie indziej, ale co zrobią ci wszyscy starsi ludzie, którzy z okolicznych wiosek i wioseczek zjeżdżali się do lekarzy? przecież kolejki do diabetologa i urologa w większości składały się z osób w wieku emerytalnym. już widzę jak te wszystkie babuleńki i dziaduniowie pędzą do miasta powiatowym zwanym. ta...

pomyślało mi się też z niemałą złością, że za co ja płacę ciężkie pieniądze NFZtowi. w ZOZie, do którego z tytułu miejsca zamieszkania jestem przypisana (mogłam się wprawdzie przypisać gdzie indziej, ale do ciężkiej cholery nie będę lekarza pierwszego kontaktu na kilometry szukać!) wizyty u specjalistów wyglądają następująco:

1. ginekolog. dwie sztuki. o jednym nie ma się pewności, że odróżnia część leczenia wymagającą od jakiejkolwiek innej. drugi ma dobrą opinię, ale na wizytę czekać trzeba miesiąc i więcej. miesiąc z zapaleniem jajnika na przykład. kto kiedyś miał zwizualizuje sobie bez trudu poziom wątpliwej przyjemności i następstwa.

2. chirurg. facet z rentgenem w oczach. na podstawie oględzin kolana diagnozuje reumatyzm u 20latki, po czym zapisuje wkładkę do buta. na całe szczęście połamani się nie skarżą. cięci też nie.

3. dermatolog. przyjmował 4 razy w tygodniu po 4 godziny. o 7 rano pod ośrodkiem stała już kolejka do rejestracji. jak się przyszło później trzeba było liczyć na dobry humor pielęgniarki, która litościwie pozwoliła zapytać czy pani doktor przyjmie 21, 22, 23 pacjenta. 

4. dentysta. tu osobistych doświadczeń nie mam, ale zdecydowana większość moich znajomych chodzi prywatnie. ciekawe dlaczego...

5. okulista. na pierwszą wizytę czekanie miesiąc z okładem. 

podobnie lub gorzej rzecz się ma z kardiologiem, pulmonologiem, neurologiem etc.

moja koleżanka sytuację w naszym ośrodku podsumowała krótko: do najważniejszych lekarzy chodzę prywatnie. szczęściem w naszym wieku najważniejszy lekarz to: ginekolog, dentysta, okulista. ja dopisałam sobie jeszcze tego nieszczęsnego dermatologa. szczęściem przy naszym stanie zdrowia są to li tylko wizyty profilaktyczne. martwi mnie jednak co będzie za lat 10, 15, 20... kiedy zaczną nam wysiadać nerki i pęcherz, kiedy serce będzie coraz słabsze, być może dopadnie nas osteoporoza. tu ciekawostka. w Krakowie na państwową wizytę do poradni leczenia tego ostatniego czeka się nawet 6 m-cy. moja mama byłaby już w kawałkach.

i tym oto sposobem wracam do punktu wyjścia. myślę o sobie jako o 70latce, której pani w okienku powiedziała, że neurologa już nie ma w ośrodku za państwowe pieniądze. w ramach troski o pacjentów ZOZ zapewnił lekarzom gabinety i świadczą oni usługi odpłatnie. wizyta kosztuje 50 złotych. tylko co, cholera, jeśli ja tych 50 złotych nie mam?

...

wpis powstał jakiś czas temu. publikacja go dziś i zbieżność tematyczna z wpisem Akemi są całkowicie przypadkowe.

...


wtorek, 15 lutego 2011

...

Kot i Wiedźma w jednym stały domku. nawet w jednym pokoju. w akademiku. jeśli ktoś kojarzy krakowską Nawojkę - wie już wszystko.

Kot - studentka 3 roku nekromancji, Wiedźma - rok równoległy, ale kosmologii. 

połowa pokoju Kota wypełniona czaszkami, księgami, które gryzą, powywającym pod łóżkiem zombiakiem i jakimiś podejrzanymi retortami o cukierkowych zapachach i barwach.

połowa pokoju Wiedźmy to dziwaczne konstrukcje chyba układów planetarnych, jakieś druty wiszące baldachimem tuż pod sufitem i zagrażające życiu, bo spiętrzone w kompletnym nieładzie tomiszcza o zawartości tyleż niezrozumiałej, co nieciekawej.

a pośrodku tego bałaganu, na terenie neutralnym, gdzie od czasu do czasu wypić można kawę nie zostawszy zaatakowanym przez żadną potworę, księgę vel spadającą pajęczynę drutów stał stół. stół zwyczajny zupełnie. podobny do peerelowskich stołów barowych z laminowanymi blatami i aluminiową obwódką dookoła paździerzowej płyty. na stole natomiast piętrzyły się... majtki. majtki różnych kolorów i rozmiarów. koronkowe, bawełniane, z zabawnymi wzorkami i w wysoce erotycznym stylu. nawet gatki w stylu retro się znalazły. majtki leżały tam gdzie leżały ponieważ... Kot i Wiedźma dokonywały wymianki. obie nawiedzone studentki i nieuleczalne zakupoholiczki odbyły bowiem podróż po wyprzedażach, złapały co się w łapy nawinęło, przywlekły to do swego zagraconego domostwa i dokonywały podziału łupów wymieniając jednocześnie uwagi na temat planowanego na dzień kolejny polowania na pończochy. 

segregacja majtek zadaniem trudnym i wyczerpującym jest i wkrótce Kotu się zasnęło w niebezpiecznej bliskości wyjątkowo paskudnie wyglądającego układu słonecznego i Wiedźma uznała, że na nią też pora. pozrzucała więc z siebie wszystkie ciuszki i... udała się do parku znajdującego się naprzeciw akademika. tam ułożyła się nagusieńka pod drzewem i rozpoczęła radosne zapadnie w sen. uznała jednak, że jest jej zimno i próbowała przykryć się śniegiem w wyniku czego wykopała sporych rozmiarów dołek w parkowej zaspie. uszczęśliwiona otaczającą ją białością zasnęła.

...


niedziela, 13 lutego 2011

...

ni mniej, ni więcej tylko w miniony poniedziałek podjęłam próbę realizacji jednego z postanowień noworocznych. mianowicie poszłam na kurs prawa jazdy.

kheeemmm....

szkołę podpowiedziała mi Kot. reklama brzmiała: mają świętych instruktorów, w drzewo wjedziesz, a facet się nawet nie zdenerwuje. dwóch z nich już poznałam - faktycznie cierpliwi. 

wiedźma w obliczu pojazdu mechanicznego jest gatunkiem ogłupiałym. nie żebym się samochodów bała. uwielbiam jazdę autkiem. a spanie w autku to w ogóle ;) jednakoż mam świadomość własnych niedociągnięć w postaci ciut długiego czasu reakcji i kłopotów z orientacją w terenie. no i w przeciwieństwie do siostry nie mam lat praktyki na grach zręcznościowych, więc trzy pedały do dwóch nóg wydają mi się póki co nadmiarem szczęścia. 

mam też niestety pełną świadomość tego jak przeciętny polski kierowca podchodzi do pojazdów szkoleniowych, a tym samym do ich kierowców. jak L na dachu znaczy, że zawalidroga, że trzeba wyminąć, a jak zgaśnie silnik na skrzyżowaniu to obtrąbić. sama zaszczytu tego jeszcze nie dostąpiłam, bo na placu manewrowym nikt na nikogo z klaksonem nie wyskakuje, ale koleżanka już wywieziona w miasto na Alejach już swój koszmarek przeżyła. 

ja rozumiem, że pojazd jadący 40 km/h na drodze gdzie można (albo zwyczajowo się jeździ) więcej może wkurzać, ale przecież musimy się gdzieś uczyć, nie? więc jestem zestresowana. 

pomarudziłam to teraz coś pozytywnego. symulatory są do kitu. mają się nijak do prawdziwej maszyny i czas na symulatorze uznaję za stracony. pedały są za miękkie, nie czuje się reakcji samochodu, a biegi chodzą jak joystick w playstation. lepiej tę godzinę spędzić na placu. serio. prawdziwe auto mruczy, zgrzyta, delikatnie się unosi tuż przed ruszeniem. jest żywe po prostu. ogromna frajda, nawet jak się ma kłopot z ustaleniem kiedy ma się skręcić, o ustawieniu się równolegle do krawężnika w ogóle nie wspominając. 

na koniec prezentacja podejścia wiedźmy do samochodu.

toyota: pomrukuje silnikiem.

instruktor: no to jedziemy.

wiedźma (do toyotki): no, ruszaj kochanie.

instruktor: ona nie reaguje na głos, musi pani jeszcze puścić sprzęgło.

jak już ruszyliśmy opowiedział mi o kursantce, która na okrągło mówiła do samochodu, kłopot w tym, że miała poważny problem z wyrobieniem sobie nawyku by jednocześnie np. wciskać hamulec. mam nadzieję, że nie będę powielać tego przypadku.

...


niedziela, 06 lutego 2011

...

...

czy tylko ja dostrzegam podobieństwo?

...


wtorek, 01 lutego 2011

...

wtorkowe spotkanie będące wynikiem środowego telefonu przyniosło wynik negatywny. zawodowo nadal jestem w czarnej dupie. i mam humor bardziej zrąbany niż chciałabym się do tego przyznać.

...

wisi mi kilka nie napisanych recenzji, ale nie mam jakoś chęci się za nie zabrać. choć muszę rzec, że perspektywa bonu do księgarni jest kusząca. 

podziękowania dla Ktosia, który wierzy w moje umiejętności pisarskie.

...

jeśli nie położy mnie zaraza uparcie rozbierająca mnie od dwóch tygodni to 7 lutego zaczynam kurs prawa jazdy. 

drżyjcie staruszki. reszta niech szuka znajomych mogących udostępnić im mapy kanalizacji miejskiej. mój optymizm przewiduje galopująca katastrofę w zakresie samopodwożenia.

...

nie mam z kim iść na szanty.

...


Archiwum