...ścieżka na stos...
RSS
poniedziałek, 27 stycznia 2014

...

wbrew tytułowi nie będzie to notka traktująca o pogodzie, która nam w ostatnich dniach nastała w wyniku nadejścia zimy jak widać niesłusznie posądzanej o emigrację do Ameryki. choć o Wichrach będzie, i owszem, tyle, że muzycznych. tak się bowiem składa, że w weekend miniony miałam okazję słuchać i kunszt podziwiać zespołu North Wind, któren to zespół wystąpił w ramach tyskiego festiwalu Port Pieśni Pracy.

o samym festiwalu odległą jesienią wspominała Tygrysek. i nawet coś nieśmiało zamierzaliśmy zorganizować celem nań się udania. czas jednak płynie, obowiązków nikomu nie ubywa i na zamiarach zapewne by się skończyło (lub same zamiary skończyłyby się wraz z Tygryskowym winem) gdyby nie szept jakiś intuicji mej (chyba), który podpowiedział mi na stronę North Winda zerknąć czy coś się w życiu zespołu nie zmieniło wraz ze zmianą numeru roku.

i zerknęłam. a tam taki oto komunikat stoi: "Drugie ustalenie brzmi: rok 2014 niemal od startu rozpoczynamy koncertem! Swym ciepłym głosem Wojtek „Muzyk” Harmansa oznajmił, że postanowił być tym, który przywróci nas „do obiegu”. Tak więc znów spotykamy się w Tychach, już 25 stycznia, na zimowej edycji PPP."

natychmiastowa migracja na festiwalową stronkę jest chyba działaniem oczywistym. podobnie jak oświadczenie całemu dostępnemu otoczeniu, że 25 stycznia 2014 roku ja będę w Tychach choćbym miała tam na piechotę iść.

ostatniej groźby spełniać na szczęście nie musiałam, bo moja Lepsza Połowa (a dlaczego lepsza? bo wiązanie się z gorszą byłoby zwyczajnym marnotrawstwem) wyraziła chęć bawienia na koncercie wraz ze mną. i tak po raz drugi w życiu swym (pierwszy miał miejsce w dniu narodzin) zawitałam do Tychów.

koncert szanty klasycznej rozpoczęła bardzo nie-klasycznie formacja Indygo, w skład której wchodzą same kobiety. ja nie wiem. może ja jestem jakaś zboczona, zmanierowana, jestem wręcz zgodna przystać na to, że jestem męską szowinistyczną świnią, ale jak myślę "szanta" to słyszę w głowie głosy męskie. taką mam konotację genetycznie chyba uwarunkowaną i kropka. tak więc zespoły niewieście w moich oczach (uszach?) poklasku nie znajdują choćby nie wiem jak się starały. drogie Panie, z całym szacunkiem do umiejętności, ale jednak nie.

szczęściem po popisach wokalizy damskiej nadeszło to co przyciągnęło mnie w tyskie progi. na deski pokładu... khem!... sceny znaczy weszła caluteńka i w komplecie formacja North Wind. weszli i zaśpiewali z całą swą mocą i profesjonalizmem. ucieszyli ucho utworami już zasłyszanymi w ich aranżacji wcześniej, ale też takimi, które słyszałam po raz pierwszy. nie dało się nie zauważyć zwiększonej dawki francuszczyzny sprytnie przemycanej do repertuaru zespołu przez Piotra Lasko. bardzo żałuję, że organizator przeznaczył dla nich tylko 25 minut. to bardzo mało czasu i zabrakło zwyczajowego pomiędzy utworami "gadania". gadania, które niesie ze sobą cenną lekcję historii morza i ludzi z nim związanych. tak czy inaczej: chapeau bas, Panowie! jak zawsze było magicznie.

North Wind na scenie zastąpiony został przez Happy Crew - zupełnie mi nieznany zespół. i na tyle nieinteresujący, ze w czasie ich występu zdołałam namierzyć Piotra, który wraz z kolegami usadowił się w tylnych rzędach. kiedy więc na deski wkroczyła gliwicka formacja Sąsiedzi ja dokonałam desantu celem przywitania się. i tak już do końca koncertu dotrwaliśmy z Krasnoludem w rzędach ostatnich, mniej jakby ogłuszani mocą głośników i zdecydowani mniej oślepiani reflektorami sceny.

po koncercie wysypaliśmy się z tłumem na korytarz i postanowiliśmy zapolować na jakąś kawkę. i tak z kubkami w dłoniach, stojąc w jakimś zacisznym (nie mylić z cichym) kącie szkolnego korytarza gawędziliśmy o rzeczach, o których gawędzą ludzie, którym spotykać się jest dane nadzwyczaj rzadko. oczywiście nie obyło się bez uwag na temat samego koncertu. Piotr śmiał się z moich reminiscencji związanych z "Panem i władcą" spowodowanych niezwykle lirycznym wykonaniem przez Brasy pieśni Spanish Laddies. on sam miał skojarzenia mniej przyjemne, bo przy Dannym Boy'u wbił mu się w mózg obraz kowboja w westernu z lat 60'tych. 

czas płynął przyjemnie i nieubłaganie. gdzieś tam w sali dawno już rozpoczął się drugi koncert kiedy tandem Wiedźma-Krasnolud zmuszeni byli pożegnać przesympatycznych muzyków i udać się w drogę powrotną do domu. bez Północnego Wiatru. za to ze śnieżycą. 

w zapowiedzi koncertu muzycy North Winda zapytują: czekaliście? czekaliśmy. i znów czekać będziemy. mam nadzieję, że znacznie krócej.

...

wtorek, 21 stycznia 2014

...

w 2012 roku latem się ogoliłam.

na 3 mm.

i cudnie mi z tym było, ale się znudziło.

no więc od jesieni się zapuszczam.

i w tym zapuszczaniu staram się być dzielna i wytrwała.

ale coraz mniej mam tej dzielności w sobie.

bo to co było długie jest już za długie bym czuła się z tym komfortowo, obciąć się tego nie da, bo z kolei to co odrosło jest już bujne i odpycha część długą gdyby ją obciąć.

no więc związuję w taką koko-kitkę.

a odrost bujny sterczy sobie w nieładzie.

i generalnie mam ptasie gniazdo na głowie i wyglądam jak kloszard.

i już mi cierpliwości nie staje i wizja maszynki i tych 3 mm taka kusząca.

...

gniazdo

...

Tagi: życie
10:37, thalie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 stycznia 2014

...

i nagle przychodzi taki moment.

dławiący lęk.

że ja też będę stara.

i niedołężna.

i że nic nie ulży temu cierpieniu.

...

już niedługo.

...

Tagi: refleksje
13:18, thalie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 stycznia 2014

...

Dotarłam i ja. Do kina. Na kontynuację filmu, którego koncepcji trzyczęściowości nie rozumiem. 

Pierwsza część Hobbita nie podobała mi się wybitnie. Było długo, nudno i nawet skalne giganty rzucające kamyczkami nie bardzo były w stanie to poprawić. Z przerażeniem myślałam, że nadejdzie kontynuacja i trza będzie pójść, bo moja połówka Tolkiena ma w krwiobiegu (chociaż to chodzenie na ekranizacje to trochę chyba masochizm jest - tak myślę jak czasem patrzę na Krasnoluda miny). Po premierze zewsząd jednak płynęły opinie pozytywne raczej. Zwłaszcza post Abiego dodał mi otuchy i bałam się jakby trochę mniej.

Jeżeli miałabym ten film ocenić w oderwaniu od powieści Tolkiena to jest to awanturnicze fantasy - dynamiczne i mające na celu zapewnienie kilkuset minut niezobowiązującej do niczego (nawet myślenia w zasadzie) rozrywki. "Sucker Punch" ogląda się dla podobnych doznań. 

Muszę powiedzieć, że jak nie lubię hobbitów (jako rasy), tak w filmie polubiłam Bilba. Jest naprawdę świetnie zagrany. Wprawdzie z racji niedawnego zapoznania się z serialem "Sherlock" miałam paskudną kalkę dra Watsona gdzieś tam z tyłu głowy, ale mniejsza o moje obsesje. Ian McKellen jako Gandalf nie wymaga chyba komentarza. Bardzo, bardzo spodobała mi się kreacja ludzkiej postaci Beorna. Zresztą, jako miś też całkiem sympatycznie zrobiony. 

Smaug! Ha! Jak usłyszałam ten tembr głosu! Zdecydowanie mam drugiego ulubionego filmowego smoka. Drugiego, bo pierwszym jest Sean Connery w "Ostatnim smoku" i to się raczej już nie zmieni.

Krasnoludy dają radę. Zdecydowanie są bardziej krasnoludzkie niż w części pierwszej. Natomiast elfy... Po pierwsze: co się stało z twarzą Orlando Blooma? Ja bardzo doceniam fakt, że Legolas w "Hobbicie" nie jest omdlewającą ślicznotką z "Władcy Pierścieni", ale ktoś tak usilnie pracował nad odmłodzeniem twarzy pana Blooma, że aż mu jakąś wybitną krzywdę w wygląd uczynił. Po drugie: ja sobie obecności Legolasa w "Hobbicie" w ogóle nie przypominam. A jak już jesteśmy przy nieobecnych to: kim jest Tauriel i nade wszystko: po co ona tam jest? Generalnie motywu elfickiego nie rozumiem i wcale się z jego obecności nie cieszę, mimo że to moja ulubiona rasa i mentalnie to jestem elf (do czego zresztą jeszcze za chwilę wrócę...).

Orki mnie przerażają. Naprawdę. Ktoś wykonał kawał dobrej roboty tworząc te kreacje (i kreatury).

Co mi się absolutnie nie podobało? Wątek romansowy pomiedzy Kilim i rudą elfką. Ja przepraszam bardzo, może ja głupia jestem, ale... co to miało być? Zawiązywanie przyjaźni elficko-krasnoludzkiej? Miłość ponad podziałami? Jakiś głębszy sens to miało mieć? Przesłanie? Halo! Panie reżyserze! To bajka o Thorinie Dębowej Tarczy i chciwej gadzinie, a nie o Agencie Jej Królewskiej Mości! Dziewczyny Bonda są zbędne. Serio, serio.

Druga rzecz to wtargnięcie do domu Beorna. Jeśli byłam czegoś ciekawa to to jak poradzono sobie z kwestią "wpraszania" się do domu zmiennokształtego bez zanudzenia widza. No poradzono sobie wręcz celująco - krasnoludy uciekając w popłochu po prostu szturmem i w popłochu zdobyły chałupę po czym wrota zatrzasnęły na pysku właściciela. Ta... nie ma to jak przekonać do siebie swego przyszłego gospodarza.

Zalewanie smoka złotem też trudno mi sobie przypomnieć z książki. Efektowne to może i jest (zwłaszcza jak się ktoś pokusił na 3D), ale po raz kolejny pytam: po co?

Skoro już doszłam do kwestii 3D to muszę powiedzieć, że jako oglądająca w 2D stwierdzam, że widać bardzo, iż dwa wymiary zrobiono tylko "z łaski na uciechę" przez co te części filmu, które w całości wykonano komputerowo wyglądają tak absolutnie nierealnie, że na myśl nasuwają się jakieś starsze gry komputerowe albo pierwsze filmu z komputerowymi efektami. Nieprzyjemne wrażenie.

Ogólnie film daje radę. Mógłby być krótszy i zdecydowanie pozbawiony scenek z elfką wyglądającą jakby doznawała orgazmu w wyniku wpychania mokrego zielska w dziurę w nodze krasnoluda. Doceniam starannie zanimowanego smoka i zwierzęcą postać Beorna. Dziwne, ale raczej nie pamiętam muzyki. 

Czy warto iść do kina? Tak. Raczej nie będzie zachwytu totalnego, ale unudzony też nikt nie wyjdzie.

...

A na koniec napiszę tylko tyle, że w sumie to jako elfka trwająca w wieloletnim związku z krasnoludem powinnam się domagać tantiem od twórców filmu za zapożyczenie pomysłu na międzyrasowy romans.

...

smaug

...

czwartek, 16 stycznia 2014

...

Czasem życie płata figle z gatunku miłych. 7 stycznia taki właśnie figiel życiu się udał. 

Ślęczymy nad rozliczeniem miesięcznym. Skrob, skrob, stuk, stuk. Telefon. Odbiera BB i słyszę: ale chyba nie będę miała z kim iść... Myślę: teatr!, a głośno komentuję: nie bądź tego taka pewna. BB odrywa się od słuchawki: pójdziesz ze mną? Pewnie, że pójdę. Myślę sobie spokojnie, ze jak karnet do teatru to pewnie za tydzień, albo nawet dwa. BB kończy rozmowę i oświadcza: to ja lecę po karnet. Mamy na 18.30. Dziś??? - wypalam zdziwiona. No dziś!

Jak usłyszałam, do którego teatru idziemy nogi się pode mną ugięły. Teatr Słowackiego. A wiedźma w butach trekkingowych i połatanych spodniach (połatanych nie dlatego, że na nowe brak funduszy, ale po prostu je kocham, więc Pani Grażynka reanimowała je dość intensywnie jak wizja śmietnika się objawiła). Więc tak... no... jeśli chodzi o kwestie obycia itd. to wpadkę zaliczyłyśmy obie z BB. 

Za to sztuka! 

"Maskarada" Michaiła Lermontowa - klasyczny dramat o miłości, zdradzie i zemście. Opowieść o pozie, pozorze i pozycji w społeczeństwie. Historia udawania.

Spektakl jest dynamiczny, pełen symboli, zagrany brawurowo. Zachwycają kostiumy, ale nade wszystko zachwyca choreografia. Niesamowity pokaz tańca, muzyki i światła. Reżyser miał pomysł na tę sztukę i wiedział jak go zrealizować. 

Przez 3 godziny śmiałam się, parzyłam z zapartym tchem na to co dzieje się na scenie, by na koniec wyjść przygnieciona silną wymową tragicznego finału. 

Zdecydowanie piękny to był wieczór.

...

Ze spraw banalnych: odkryłam w sobie wybitny wręcz brak talentu do tańca. Co nie znaczy, że tańczyć przestanę. Zwłaszcza, że wszystko wskazuje na to, że nasza grupa brzuchatek będzie kontynuowana od lutego i nie muszę szukać ani nowej szkoły, ani nowej instruktorki. Proszę o trzymanie kciuków za powodzenie misji.

...

Co się tyczy talii... 

W tym roku postanowień noworocznych nie czyniłam żadnych. I jak się okazuje najlepszym postanowieniem jest brak postanowień. Bo oto bez sztucznych przymusów, wymysłów i innych bzdet zapisałam się na fitness. Dwa razy w tygodniu pozwalam by Pani Ola (kobietka w wieku mojej Mamy) udowadniała mi w jak kiepskiej jestem kondycji. Oddać jej trzeba sprawiedliwość - pracuje też usilnie nad tym by coraz mniej miała mi do udowodnienia. Mam za sobą 3 spotkania. I żyję. I tylko jakieś mięśnie po bokach żeber odkryłam. Nie wiem skąd je tam mam, ale mam bo z lekka bolą.

...

poniedziałek, 06 stycznia 2014

...

remember

...

a jeśli powód, dla którego się rozpoczęło jest już nieważny?

nieaktualny?

nie stanowi już siły napędowej?

zwyczajnie się zdewaluował.

co wtedy?

przestać?

...

Tagi: refleksje
20:43, thalie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 stycznia 2014

...

nowy rok rozpoczął mi się dość nieszczęśliwie, ale jakoś nieszczęście udało się zażegnać. 

jak to napisałam zatroskanej Kotu - głodówka i porcelana zawsze pomagają.

na tyle by nie odwoływać umówionej sporo wcześniej wizyty u kosmetyczki.

no poszłam.

jakoś doszłam (po trzech dniach w łóżku to był jednak wysiłek, choć daleko jakoś nie mam).

zaległam na łóżku i zamknąwszy oczęta pozwoliłam się masakrować (umówmy się - niektóre zabiegi kosmetyczne to masakra jest w postaci czystej. boli, piecze i finalnie człowiek wygląda jak ofiara napaści jakiejś obcej istoty).

było parno i duszno, potem boleśnie, a potem tak pięknie pachniało świeżutkim praniem (!) - ozon jakby kto się nie domyślił.

a na koniec pani zapytała czy maseczkę algową robimy.

robimy - odparłam dziarsko, bo miałam jakieś takie dziwne wrażenie, że mam podwójną objętość twarzy.

no więc nałożyła mi chłodną, galaretowatą maź na paszczę po czym... włączyła relaksującą muzyczkę, zgasiła światło i... sobie poszła.

leżę.

ciemno.

oczy zamknięte.

w tle brzęka jakaś leniwa nutka.

przyzwoitość wymaga bym się relaksowała, prawda?

w końcu ta miła pani zrobiła wszystko co w jej mocy by tak było.

a ja jakoś nie mogę.

nasłuchuję.

szum samochodów na zewnątrz. tupanie fryzjerki. o, ktoś poszedł do łazienki i coś myje. przyszła klientka z zapytaniami.

uszy chyba obracają mi się jak radary.

za chwilę usłyszę jak dziewczyny w sklepiku obok ustawiają makarony benedyktyńskie na półkach, a pani na poczcie przybija stemple.

minuty mijają, a ja się zaczynam wkurzać.

nie na ciemność i dźwięki z zewnątrz.

na siebie się wkurzam.

bo zamiast oddać się chwili błogiego lenistwa, wsłuchiwać się w siebie i takie tam to ja rozmyślam o... nowym Płatniku! czy pan Artur zainstalował go również na moim komputerze? ciekawe czy uda się zrobić kolekcję? a jak Szef rozwiąże kwestię nieudostępnionych RMUA?

myślę też o tym co napiszę I-kunowi w odpowiedzi na Jego piękny list.

przypominam sobie, że mam upiec sernik na Trzech Króli, a w domu nie ma budyniu.

i ciekawe dlaczego nikt nie zrobił poprawek do eksportu miesięcznych sprawozdań do Bestii?

w końcu po cichu wchodzi Kosmetyczka. najpierw delikatnie kładzie rękę na moim ramieniu jakby upewniając się, że nie śpię. potem kończy zabieg.

wstaję.

jestem lekko oszołomiona.

dziękuję.

wychodzę do domu.

i do tej pory się zastanawiam: jaki trzeba mieć poziom stresu by nie móc skorzystać z chwili wytchnienia, którą sama sobie zafundowałam? i najważniejsze: skąd się to, do ciężkiej cholery, bierze?

...

piątek, 03 stycznia 2014

...

Pięknych dni i spełnienia marzeń w 2014!

2014

...

p.s. troszkę z opóźnieniem, ale ja rozpoczęłam rok dość chorobowo.

...

Archiwum