...ścieżka na stos...
Blog > Komentarze do wpisu

weekend z Północnym Wiatrem

...

wbrew tytułowi nie będzie to notka traktująca o pogodzie, która nam w ostatnich dniach nastała w wyniku nadejścia zimy jak widać niesłusznie posądzanej o emigrację do Ameryki. choć o Wichrach będzie, i owszem, tyle, że muzycznych. tak się bowiem składa, że w weekend miniony miałam okazję słuchać i kunszt podziwiać zespołu North Wind, któren to zespół wystąpił w ramach tyskiego festiwalu Port Pieśni Pracy.

o samym festiwalu odległą jesienią wspominała Tygrysek. i nawet coś nieśmiało zamierzaliśmy zorganizować celem nań się udania. czas jednak płynie, obowiązków nikomu nie ubywa i na zamiarach zapewne by się skończyło (lub same zamiary skończyłyby się wraz z Tygryskowym winem) gdyby nie szept jakiś intuicji mej (chyba), który podpowiedział mi na stronę North Winda zerknąć czy coś się w życiu zespołu nie zmieniło wraz ze zmianą numeru roku.

i zerknęłam. a tam taki oto komunikat stoi: "Drugie ustalenie brzmi: rok 2014 niemal od startu rozpoczynamy koncertem! Swym ciepłym głosem Wojtek „Muzyk” Harmansa oznajmił, że postanowił być tym, który przywróci nas „do obiegu”. Tak więc znów spotykamy się w Tychach, już 25 stycznia, na zimowej edycji PPP."

natychmiastowa migracja na festiwalową stronkę jest chyba działaniem oczywistym. podobnie jak oświadczenie całemu dostępnemu otoczeniu, że 25 stycznia 2014 roku ja będę w Tychach choćbym miała tam na piechotę iść.

ostatniej groźby spełniać na szczęście nie musiałam, bo moja Lepsza Połowa (a dlaczego lepsza? bo wiązanie się z gorszą byłoby zwyczajnym marnotrawstwem) wyraziła chęć bawienia na koncercie wraz ze mną. i tak po raz drugi w życiu swym (pierwszy miał miejsce w dniu narodzin) zawitałam do Tychów.

koncert szanty klasycznej rozpoczęła bardzo nie-klasycznie formacja Indygo, w skład której wchodzą same kobiety. ja nie wiem. może ja jestem jakaś zboczona, zmanierowana, jestem wręcz zgodna przystać na to, że jestem męską szowinistyczną świnią, ale jak myślę "szanta" to słyszę w głowie głosy męskie. taką mam konotację genetycznie chyba uwarunkowaną i kropka. tak więc zespoły niewieście w moich oczach (uszach?) poklasku nie znajdują choćby nie wiem jak się starały. drogie Panie, z całym szacunkiem do umiejętności, ale jednak nie.

szczęściem po popisach wokalizy damskiej nadeszło to co przyciągnęło mnie w tyskie progi. na deski pokładu... khem!... sceny znaczy weszła caluteńka i w komplecie formacja North Wind. weszli i zaśpiewali z całą swą mocą i profesjonalizmem. ucieszyli ucho utworami już zasłyszanymi w ich aranżacji wcześniej, ale też takimi, które słyszałam po raz pierwszy. nie dało się nie zauważyć zwiększonej dawki francuszczyzny sprytnie przemycanej do repertuaru zespołu przez Piotra Lasko. bardzo żałuję, że organizator przeznaczył dla nich tylko 25 minut. to bardzo mało czasu i zabrakło zwyczajowego pomiędzy utworami "gadania". gadania, które niesie ze sobą cenną lekcję historii morza i ludzi z nim związanych. tak czy inaczej: chapeau bas, Panowie! jak zawsze było magicznie.

North Wind na scenie zastąpiony został przez Happy Crew - zupełnie mi nieznany zespół. i na tyle nieinteresujący, ze w czasie ich występu zdołałam namierzyć Piotra, który wraz z kolegami usadowił się w tylnych rzędach. kiedy więc na deski wkroczyła gliwicka formacja Sąsiedzi ja dokonałam desantu celem przywitania się. i tak już do końca koncertu dotrwaliśmy z Krasnoludem w rzędach ostatnich, mniej jakby ogłuszani mocą głośników i zdecydowani mniej oślepiani reflektorami sceny.

po koncercie wysypaliśmy się z tłumem na korytarz i postanowiliśmy zapolować na jakąś kawkę. i tak z kubkami w dłoniach, stojąc w jakimś zacisznym (nie mylić z cichym) kącie szkolnego korytarza gawędziliśmy o rzeczach, o których gawędzą ludzie, którym spotykać się jest dane nadzwyczaj rzadko. oczywiście nie obyło się bez uwag na temat samego koncertu. Piotr śmiał się z moich reminiscencji związanych z "Panem i władcą" spowodowanych niezwykle lirycznym wykonaniem przez Brasy pieśni Spanish Laddies. on sam miał skojarzenia mniej przyjemne, bo przy Dannym Boy'u wbił mu się w mózg obraz kowboja w westernu z lat 60'tych. 

czas płynął przyjemnie i nieubłaganie. gdzieś tam w sali dawno już rozpoczął się drugi koncert kiedy tandem Wiedźma-Krasnolud zmuszeni byli pożegnać przesympatycznych muzyków i udać się w drogę powrotną do domu. bez Północnego Wiatru. za to ze śnieżycą. 

w zapowiedzi koncertu muzycy North Winda zapytują: czekaliście? czekaliśmy. i znów czekać będziemy. mam nadzieję, że znacznie krócej.

...

poniedziałek, 27 stycznia 2014, thalie

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: